sobota, 7 lutego 2015

Dyskografia psychobilly 1986 - cz. 1



Demented Are Go - In Sickness & In Health LP [I.D., NOSE 9]
A1 Be Bop A Lula (Written-By – Vincent, Davis) (Org. Gene Vincent and His Blue Caps, 1956)
A2 Pervy In The Park (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)         
A3 (I Was Born A) Busted Hymen (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)             
A4 Holy Hack Jack (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)
A5 Frenzied Beat (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)
A6 Pickled And Preserved (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)
A7 Crazy Horses (Written-By – A. Osmond, M. Osmond, W. Osmond) (Org. The Osmonds, 1972)
B1 Transvestite Blues (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)          
B2 Rubber Buccaneer (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)         
B3 Vibrate (Written-By – Self) (Org. Mack Self, 1958)
B4 Rubber Love (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)     
B5 Nuke Mutants (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)    
B6 PVC Chair (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)        
B7 Don't Go In The Woods (Written-By – Thomas, Thomas, Philips)  

          
Od strony komercyjnej sukces płyty był dość umiarkowany, bo doszła ona do 9 miejsca na Indie Charts, a w sumie była na liście przez pięć tygodni. Natomiast dla rozwoju samego nurtu psychobilly był to kamień nie tyle milowy, co stumilowy – wyznaczając kierunek zmian, jakie miały nastąpić w nadchodzących latach. W pionierskich latach stylu zapoczątkowanego przez The Meteors, a rozwiniętego przez Guana Batz, Frenzy czy Batmobile było w nim zdecydowanie więcej rockabilly, niż jakichkolwiek innych wpływów razem wziętych, ale już w roku 1985 dwa nagrania Demented na kompilacji Hell’s Bent On Rockin’! oraz debiutancka epka niemieckiego P.O.X. otworzyły dla muzyki psychobilly zupełnie nowe terytoria. Do pomysłów z lat 50-tych oraz punkowego bicia zostało dodane brudne, garażowe brzmienie oraz typowo punkowe riffy. Prawdziwym przełomem był jednak album In Sickness & In Health popełniony przez walijską kapelę w 1986 roku i wydany przez związaną z legendarnym Klub Foot wytwórnię I.D., czego następstwem była coraz większa liczba koncertów oraz przeprowadzka Sparkiego i Anta z Cardiff do Londynu. Sama płyta została nagrana w bardzo krótkim czasie, w dwóch sesjach – ponoć większość numerów została zarejestrowana w pierwszym podejściu, bez żadnych poprawek. Żelazny skład grupy stanowiła zwariowana dwójka kuzynów, wspomniani Sparky i Ant – oraz starszy od nich o dobrych kilka lat gitarzysta Dick Thomas, który ogarniał większą część spraw organizacyjnych związanych z kapelą. Rockabillowe korzenie Dicka (który brał udział nawet przy nagrywaniu jednej płyty Shakin Stevensa), fascynację Sparkiego garażem lat 60-tych oraz gotykowe i punkowe upodobania Anta stworzyły naprawdę wybuchową miksturę dziwacznej muzy, która szybko znalazła liczne grono zwolenników wśród sajkowców… i całkiem liczne grono hatersów wśród publiki o bardziej tradycyjnym, rockabillowym nastawieniu. Kontrast zaostrzyła jeszcze postawa kapeli, a zwłaszcza dziwactwa Marka Phillipsa, występującego w kuriozalnych przebraniach, z gumowymi penisami czy dmuchanymi „lalkami”, zawsze w stanie ostrej nieobecności. Wspomagający w tym czasie kapelę na kontrabasie Ray Thompson, odmówił wzięcia udziału w sesji zdjęciowej na okładkę In Sickness, gdzie Ant był przebrany za księdza, Dicka za pana młodego, a Sparky pięknie wymalowany w białym welonie i sukni… panny młodej. Thompson, który w tym czasie grał w ortodoksyjnej rockabillowej grupie The Questionnaires bał się, że za takie fotki tedsi i rockabilly rebels zjedzą go potem żywcem. W jednym numerze na kontrabasie zagrał Simon Crowfoot (ex-Cultic Heads, potem Torment), który był zapasowym basistą kapeli na koncerty, na których nie mógł wystąpić Ray. Kiedy dowiedział się, że kapela ma nagrywać płytę poprosiłby mu dano zagrać w jakimś kawałku i padło na Frenzied Beat, choć na okładce mylnie podano, że gra w numerze Rubber Love. W kilku kawałkach gościnnie na skrzypcach zagrał też Simon Cohen z goth’n’rollowej kapeli Sunglasses Afer Dark, dla którego miał to być początek kilkuletniej współpracy z grupą.
Sama płyta, mimo, że nagrywana na chybcika, z dość surowym brzmieniem, po dzień dzisiejszy broni się swoją ogromną energią, której główna składową jest totalnie pozaziemski wokal Sparkiego. W jaki sposób tej mikrej postury postać będąca na diecie składającej się głównie z narkotyków i alkoholu potrafiła wydobyć z siebie tak przedziwny, a do tego potężny śpiewo-krzyk jest dla mnie zagadką większą niż fizyka kwantowa.
Najbardziej sajkowy wyraz, a przynajmniej wyraz jakiego sajko miało nabrać w przyszłości, mają Pervy In The Park, Holy Hack Jack, Frenzied Beat, Rubber Buccaneer czy PVC Chair – powiedzieć, że ich teksty są popierdolone to nic nie powiedzieć. Nawiasem mówiąc słowo demented oznacza w języku angielskim właśnie porąbany, popierdzielony. Ale nie brakuje też innych akcentów – w Busted Hymen i Pickled And Preserved słychać wpływy hillbilly czy blue grassu, w Rubber Love punk rocka lat 80-tych, a w Nuke Mutants trafia się nawet walczyk. Inna sprawa to jak zostały popełnione covery – najbardziej dostało się klasykowi Gene Vincenta – bo Be Bop A Lula została dość masakrycznie potraktowana zarówno muzycznie jak i tekstowo, inny klasyk Vibrate brzmi bardziej jak numer punkowy niż rockabilly, wystarczy porównać do wersji Meteors z tego samego roku. No i Crazy Horses, które już w oryginale autorstwa mormonów z The Osmonds było mocno wyczesanym kawałkiem i jakby specjalnie czekał 14 lat by wzięli go na warsztat szaleni Walijczycy. Płytę zamyka sajko-punkowy Don't Go In The Woods – jedyny kawałek na płycie nagrywany nie z kontrabasem tylko gitarą basową. 


Demented Are Go - Holy Hack Jack EP [I.D., EYE T 8]
A   Holy Hack Jack                                                               
B1 Rubber Buccaneer                                                            
B2 Don't Go In The Woods


Jedyny singiel grupy jaki trafił na niezależne listy, gdzie w sumie gościł 3 tygodnie dochodząc do miejsca 16. Wszystkie kawałki są w identycznych wersjach co na longu – wydanie tego krążka było więc jedynie wydarzeniem marketingowym, a nie muzycznym
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz