poniedziałek, 27 października 2014

Dyskografia psychobilly 1985 - cz. 12



Grave Diggers - Monsters At Play 7’’ [Bobbette, BB-379]
A1 Insane (Written-By – Hersom)      
A2 Neon Lights (Written-By – Hersom)      
B1 Oh Babe (Written-By – Otis, Hunter) (Org. Joe Clay, 1956 – You Look That Good To Me)      
B2 Let's Bop (Written-By – Earls) (Org. Jack Earls, (1956)1976)


Pierwsza amerykańska produkcja spod znaku psychobilly – choć doprawdy nie jestem w stanie powiedzieć czy osiągnięcie takiego stylu było intencją kapeli, czy raczej nastąpiło przypadkiem w wyniku eksperymentowania z rockabilly. W następnych latach grupa podryfowała w kierunku garażowego rock’n’rolla, a po jej rozpadzie wokalista zasilił sajkowe Blazers, a kontrabasista udzielał się w projektach rockabillowych. Grave Diggers zostało założone w 1983 roku przez 4 kumpli ze szkolnej ławy z Tustin w południowej Kalifornii. Brzmieniowo i muzycznie jest to podobne do tego co zaproponowały zespoły z drugiej fali brytyjskiego sajko i to raczej te nieco słabsze niż topowe – czyli klimaty składanek Katz Keep Rocking. Jednym słowem sajkowe neo-rockabilly, tyle, że szybsze niż to z początku lat 80-tych i z mocniejszym punkowym wokalem. Sama epka na kolana nie rzuca - trochę to za bardzo jest zagrane na jedno kopyto i w sumie na prostych patentach, ale da się tego słuchać bez bólu zębów, szczególnie, że to tylko cztery numery.





Fireball XL5 - Go For It LP [Northwood, NWLP 1003]
A1 Rockin Shoes                                                                   
A2 Searching For My Baby                                                   
A3 Reconsider                                                                       
A4 Bad Day                                                                          
B1 Prison Walls (Dont Tell No News)                                    
B2 The Man With No Name                                                  
B3 She Gave Me Love (Written-By – Kelf, Thorne)                
B4 I Wont See The Sunrise Anymore (Written-By – Kelf, Thorne, Bridgwood)         
B5 The Man With No Name (Dub) (Written-By – Kelf, Thorne)        


Reedycja dwóch pierwszych singli w formacie LP wzbogacona o dwa dodatkowe numery idealnie się wpisujące w stylistykę grupy oraz nieznacznie przemiksowaną wersję numeru The Man With No Name. Dla kapeli był to już łabędzi śpiew, bo w grudniu 1984 roku opuścił ją gitarzysta Jonny Bridgwood, który dołączył do popularnej garażowej grupy Sting-Rays, a zaraz po nim gitarzysta Thorny. Fireballsi próbowali jeszcze pociągnąć granie w nowym składzie, ale czegoś wyraźnie brakowało i po roku kapela rozpadła się na dobre. W przyszłości niepublikowane numery nagrane przed 1985 rokiem miały się jeszcze pojawić na składance wydanej przez Nortwood.

wtorek, 21 października 2014

Dyskografia psychobilly 1985 - cz. 11



Raymen - Going Down To Death Valley LP [Rebel, RE 0011]
A1 Lonely Train (Written-By – Thee Raymen)                        
A2 Locomotion (Written-By – Goffin, King) (Org. Little Eva, 1962)
A3 The Hoodoo Tribe (Written-By – Thee Raymen)              
A4 The Haunted House Upon The Hill (Written-By – Thee Raymen) 
A5 (Going Down To) Death Valley (Written-By – Thee Raymen)      
A6 Go, Bo Diddley! (Written-By – Thee Raymen)                 
B1 I'm A Hillbilly Werewolf (Written-By – Thee Raymen)      
B2 Alligator Girl (Written-By – Thee Raymen)                        
B3 It Came From Outter Space (Written-By – Thee Raymen)
B4 Man From Mars (Written-By – Thee Raymen)                  
B5 Ju-Ju Brain (Written-By – Thee Raymen)                          
B6 Paralyzed (Written-By – Thee Raymen)                            
B7 Wild Wind (Written-By – Thee Raymen)

 

Pełnowymiarowy debiut niemieckiej kapeli, która swą nazwę wzięła od horroru The Invisible Ray z lat 30. z Borisem Karloffem i Belą  Lugosi, a grającej przedziwny melanż muzyczny, który ciężko byłoby określić jedną prostą formułką. Wpływy Cramps były oczywiście widoczne, ale tak samo znaleźć tu było można brzmienie trashowego garażu z lat 60., starego rockabilly, country i amerykańskiego punk rocka. Z pewnością nie było to psychobilly, ale zmieszanie kilku stylów bliskich temu gatunkowi w jakiś sposób zbliżało Raymen do sajkowej sceny, głównie przez dynamiczną sekcję rytmiczną. Cechą charakterystyczną ich muzyki bez wątpienia pozostanie jednak mocno sfuzowana gitara i będący do niej w mocnym kontraście głęboki, nieco elvisowski wokal Hanka Raya. Wszystkie kompozycje, są autorstwa własnego kapeli - poza coverem Locomotion - przeboju czarnoskórej piosenkarki pop Little Evy, który w 1987 stał się ponownie światowym hitem – tym razem za sprawą wersji Kylie Minogue. Going Down To Death Valley to bardzo dobra pozycja, praktycznie bez słabych punktów, zrealizowana na bardzo wysokie poziomie – warto wspomnieć, że producentem płyty był Jimmy Quidd – ten sam, który przygotowywał debiutancki singiel punkowej legendy z NY – Bad Brains. Ciężko mi wybrać jakiekolwiek kawałki do wyróżnienia, bo lubię wszystkie – niech w takim razie będą to I'm A Hillbilly Werewolf, Alligator Girl i It Came From Outter Space.


sobota, 18 października 2014

Dyskografia psychobilly 1985 - cz. 10



Rochée & The Sarnos - Understanding Sarnos LP [Nervous, NERD 018]
A1 Sarnos In Space (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)              
A2 Aw, C'mon Baby (Written By – Wachendorf) (Org. Myron Lee And The Caddies, 1958)
A3 Mexi Love Song (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)              
A4 Sarno Fever (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)                     
A5 Sarno Beat (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)                      
A6 Gay Cowboy (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)                   
A7 Understanding Croissants (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon) 
B1 Sexy Sarno (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)                      
B2 Dead Dog Blues (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)               
B3 Mudboat (Written By – Russell) (Org. Sonny Russell, 1963)                    
B4 Madame Ruth's Parlour (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)    
B5 Rochee Is A Monster (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)                   
B6 A Cheat (Written By – Hazlewood) (Org. Sanford Clark, 1956)              
B7 Sad Sarno (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)


Rockabilly doprowadzone do skrajnej prostoty, korzeniami zdecydowanie mocniej tkwiące w nagraniach Haskila Adkinsa czy Phantoma niż Billa Haleya czy Elvisa, z porąbanymi tekstami i punkowym bitem perkusji, z jednostrunowym kontrabasem (znanym jako tea chest bass) kupionym za kilka funtów w jakiejś rupieciarni… W połowie lat 80-tych jeśli się grało taką muzę to było tylko kwestią czasu kiedy wyląduje się przed tłumem sajkowców w Klub Foot. O ile sama muzyka była wyjątkowo prosta, o tyle już jej aranżacja doprowadzona została do perfekcji, chyba głównie dzięki najlepszemu muzykowi kapeli - gitarzyście Robowi Glazebrookowi, znanemu na scenie rockabilly z prowadzenia popularnej wówczas kapeli The Playboys, czy epizodu (na perkusji) w Raw Deal, z którego narodził się później The Meteors. To, że muzyka może mieć bardzo prostą kompozycję, rytm i tekst, a mimo tego być porywająca udowodniły już lata 50-te, ale Rochée & The Sarnos potrafili po latach powtórzyć te same patenty zachowując przy tym oryginalność. Ich specyficzne poczucie humoru też miało licznych zwolenników na sajkowych gigach – wokalista Gaz Leaver, znany lepiej jako Lord Herbert III, na koncercie z okazji 10-lecia śmierci Elvia potrafił w „hołdzie” Królowi zjeść na scenie ogromnego cheesburgera, a nie jest żadną tajemnicą, że wskutek tendencji do obżerania się niezdrowym jedzeniem Presley latami walczył ze sporą nadwagą. Niedługo po wydaniu płyty i entuzjastycznym przyjęciu przez publikę na trasie koncertowej z Demented Are Go grupa zakończyła działalność, bo jak stwierdził jej charyzmatyczny wokalista, woleli pożegnać się ze sceną kiedy byli na topie, a nie na dnie.



Rochee & The Sarnos - Rumble In The Jungle 7” [Nervous, NER 007]
A Rumble In The Jungle (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)                     
B Whistle Wriggle (Written By – Glazebrooke, Fraquar, Leaver, Lennon)


Ostatnie studyjne nagranie grupy przed rozpadem w charakterystycznym dla nich porąbanym stylu, gdzie klasyczne, minimalistyczne rockabilly miesza się z sajkowym humorem. Numer ze strony B singla to instrumental, gdzie wokalista zgodnie z tytułem numeru jedynie wygwizduje melodię. Po rozpadzie grupy jej wokalista Gaz Leaver zasilił szeregi brytyjskiej marynarki.


czwartek, 16 października 2014

Dyskografia psychobilly 1985 - cz. 9



King Kurt - Billy 7” [Stiff, BUY 223]
A Billy (Written-By – Lyons)
B Back On The Dole (Written-By – Smeg, Thwack)


King Kurt - Billy 12” EP [Stiff, BUYIT 223]
A Billy (Written-By – Lyons)
B1 Back On The Dole (Written-By – Smeg, Thwack)
B2 Back On The Dole (Live At The Brown Hatters Club San Francisco) (Written-By – Smeg, Thwack)
B3 Alcoholic Rat (Written-By – Thwack)

Pod koniec 1984 z intensywnie koncertującym King Kurtem pożegnali się gitarzysta John Reddington, który tłumaczył to pogarszającą się atmosferą w zespole oraz basista Bert Boustead. W ten sposób z najstarszego składu kapeli pozostał jedynie perkusista Rory Lyons i to jego kompozycję wybrano jako tytułową dla nowego singla – jak na moje gusta nieco rozwlekły numer daleki od najlepszych dokonań Kurtów. Numer ze strony B, country-punkowy Back On The Dole, znacznie bardziej przypominał charakterystyczne granie zespołu. W wariancie 12-calowej epki Back On The Dole jest dodatkowo w wersji koncertowej, a jako czwarty dodano wyjątkowo czaderski Alcoholic Rat, który znalazł się w innej wersji na drugim albumie grupy wydanym rok później.
 



King Kurt - Road To Rack & Ruin 7” [Stiff, BUY 230]
A Road To Rack And Ruin (Written-By – Thwack)
B Poppa Wobbler (Written-By – Smeg, Thwack)


King Kurt - Road To Rack & Ruin 12” EP [Stiff, BUYIT 230]
A Road To Rack And Ruin (Written-By – Thwack)
B1 All Right Mother (Written-By – Lyons)
B2 Poppa Wobbler (Written-By – Smeg, Thwack)

Singiel pod tym samym tytułem co minilong wydany w USA. Tytułowy numer zresztą pojawił też i na LP Big Cock w 1986 roku. Poppa Wobbler to z kolei nie tyle normalny kawałek, co muzyczny żart kapeli, która i tak w założeniu było dość jajcarska. Na 12-calowej epce dodatkowo zamieszczono numer Lyonsa All Right Mother, który podobnie jak jego Billy miał bardziej popowe brzmienie od kurtowskich kompozycji jakie wychodziły spod rąk (i z głów) Thwacka i Smega.


King Kurt - Slammers 7” [Stiff, BUY 235]
A Slammers (Written-By – Thwack)
B Ape-Hour (Written-By – Maggot)


King Kurt - Slammers 12” EP [Stiff, BUYIT 235]
A Slammers (Written-By – Thwack)
B1 Screamin' Abdabs (Written-By – Lyons)
B2 Ape-Hour (Written-By – Maggot)


Trzecia epka „nowego” King Kurta. Najlepiej wypada tytułowy Slammers – wolniejszy numer, ale zdecydowanie bardziej udany niż Billy z tego samego roku. Zarówno Ape-Hour ze strony B singla, jak i bonus z dwunastocalówki, Screamin' Abdabs, są przyzwoitymi kawałkami, ale to, że nie trafiły do żelaznej klasyki koncertowej grupy raczej nie powinno budzić zdziwienia.

King Kurt - Road to Rack & Ruin mLP [Ralph, RK8560]
A1 Destination Zululand
A2 Banana Banana
A3 Mack The Knife
A4 Gather Your Limbs / When The Saints Go Marching In
B1 Road To Rack And Ruin
B2 Billy
B3 Alcoholic Rat
B4 Back On The Dole

Kompilacja grupy, będącej wtedy u szczytu popularności, wydana pod postacią minilonga przeznaczonego na rynek amerykański z kawałkami znanymi z pierwszej płyty i singli. Dwa lata później ta sama wytwórnia wypuściła ten materiał również pod postacią kasety magnetofonowej.

wtorek, 14 października 2014

Dyskografia psychobilly 1985 - cz. 8



Waltons - Here Comes The Real Western Rockabilly 7” & 12” EP [Korea, KOREA 01]
A1 Waltons Go! (Written By – The Waltons)                                    
A2 Blitzkrieg Bop (Written-By –  Tommy Ramone, Dee Dee Ramone) (Org. The Ramones, 1976)
B1 Teenage Trash (Written By – The Waltons)                                  
B2 Waltons Square (Written By – The Waltons)

7''EP


The Waltons to kolejna kapela, której rozpoznawalność na scenie sajko jest łączoną nierozerwalnie z kompilacją Psycho Attack Over Europe – gdzie zaprezentowano dwa numery z Here Comes The Real Western Rockabilly.
Zespół pochodził z miasta Borken leżącego niedaleko granicy holenderskiej i początkowo, jeszcze pod nazwą  Johannes Paul und die Ewigen Zweiten, bawił się w porąbany, eksperymentalny punk. W jakiś sposób ich demówka trafiła w ręce producentki i organizatorki koncertów Moniki Döring, bardzo aktywnej w tym okresie na berlińskiej scenie niezależnej (pracowała m.in. z  Die Arzte i Einstürzende Neubauten). Szybko zaproponowała młodej grupie koncert w Berlinie, ale ta w międzyczasie zdążyła już zmienić nazwę na The Waltons, a styl na mieszaninę country, punka i psychobilly. Döring uznała, że nie ma to dla niej znaczenia i potwierdziła, że jej zaproszenie jest aktualne. Po koncercie zaczepił ich właściciel berlińskiego sklepu płytowego Vinyl-Boogie, parający się niejako przy okazji wydawaniem singli i zaproponował Waltonsom kontrakt na nagranie siedmiocalówki. Specjalnie na tą okazję powołano sub-wytórnię Vinyl-Boogie pod nazwą Korea, nakładem której wyszło Here Comes The Real Western Rockabilly, a zespół na stałe przeniósł się do Berlina Zachodniego. Same nagrania ewidentnie nawiązują do wczesnych produkcji psychobilly, ale zespół swoich inspiracji szukał też w muzyce country, co szczególnie widać w numerze Waltons Square. Wzięcie na warsztat standardu The Ramones z kolei jasno pokazywało, że i punkowe granie ma niebagatelny wpływ na niemieckie trio. Wczesne nagrania The Waltons są utrzymane w dość minimalistycznym stylu o nieco ubogim brzmieniu, z gitarą basową, a nie kontrabasem, Choć jest to całkiem sympatyczny singiel to nagrania z tego samego okresu dokonane przez Sunny Domestozs czy P.O.X. robią większe wrażenie.
Mimo, że The Waltons są uważani za klasyków wczesnej niemieckiej sceny sajko, to tak naprawdę niewiele ich z nią łączyło poza muzycznymi inspiracjami. Po udziale w sajkowym festiwalu w Hamburgu, stwierdzili, że nie chcą mieć więcej nic wspólnego z pełną przemocy sceną, której zaczęli przypisywać uleganie wpływom ultranacjonalistycznych elementów. 



Tranquillizers - Paranoia 7’’ [Cat-Machine, CATM 004]
A1 Destroyed Illusions (Written By – Tranquilizers)
A2 Born To Love One Woman (Written By – Don Johnston) (Org. Don Johnston, 1956)
B1 Long Blond Hair (Written By – Pavlik) (Org. Johnny Powers, 1958)
B2 Paranoia (Written By – E.Arnold) 


Jedna z pierwszych niebrytyjskich kapel określająca się jednoznacznie jako sajkobilly, choć bardzo mocno zakotwiczona w neo-rockabillowych klimatach. Przy okazji Tranquillizers byli chyba pierwszą międzynarodową grupą psycho, bo skład tworzyło dwóch Holendrów oraz Niemiec z Kolonii.
Szerszą rozpoznawalność dało im znalezienie się na legendarnym składaku Psycho Attack Over Europe z dwoma numerami z omawianego singla. Nie została ona jednak nigdy zdyskontowana jako, że żywot kapeli nie był zbyt długi. Kłopoty w zorganizowaniu regularnych prób ze względu na odległe miejsca zamieszkania muzyków spowodowały jej rozpad jeszcze w 1985 roku. 
Samo nagranie singla odbyło się na chybcika – kontrabasista Tranquillizers Jan Van Hal znał dobrze właściciela małej wytwórni płytowej, która rok wcześniej wypuściła debiutancki krążek Frenzy. Od słowa do słowa grupie zaproponowano wydanie siedmiocalówki mimo, że była dopiero po dwóch próbach! Tuż przed sesją nagraniową muzycy zakupili duże ilości alkoholu i przez całą noc przygotowywali materiał do nagrania. Dwie własne kompozycje zostały uzupełnione dwoma klasykami rockabilly zagranymi jednak w sposób, który pewnie by oburzył purystów owego stylu (w tym cover amerykańskiego rockabillowca polskiego pochodzenia Johnny’ego Pavlika, znanego jako Johnny Powers). Od strony muzycznej nie było to mocno skomplikowane granie, ale z pewnością nie była to też jakaś totalna siermięga. 


piątek, 10 października 2014

Sajkostory 40



Imprezy z cyklu Saturday Psychobilly Night dały asumpt do organizowania większej liczby koncertów lokalnych kapel, szczególnie, że trochę się ich namnożyło. Cosmiki od strony organizacyjnej nie miały z nimi nic wspólnego, choć Radek czasami się na nich pojawiał. Zwykle robiła je Crazy, Mauy, który mniej więcej w 2004 się zaczął bardziej aktywnie udzielać na sajkowym poletku, albo ekipa związana z polską stroną psychobilly czyli Kostek, Siva, Wrzosek, Sylwia i Piter.

Najważniejszą niesajkonajtową imprezą był koncert połączony z premierą drugiej płyty Robotix w 2 Kółkach. Pułtuszczaki zaczęły pracę w studiu już na jesieni 2003 roku, a ostateczne miksy zostały podkręcone w marcu 2004. O ile debiutancki CD sprawiał wrażenie robionego nieco na chybcika, o tyle Wrakobill, bo tak się ta produkcja zwała, był już albumem kompletnym – z lepszym dźwiękiem i bardziej dopracowanymi kawałkami. Z drugiej strony znowu poziom był dosyć nierówny, bo obok ewidentnych hitów trafiały się lekkie zamulacze. Niemniej od strony muzycznej wyglądało to bardzo dobrze, choć pomysł na okładkę i jej wykonanie lepiej przemilczmy. A zresztą, dawać tam tego Wrotka co zawsze lepiej recenzje pisał ;)


Robotix - "Wrakobill" (2004 Cosmic Rec.)
Każda kapela, po wydaniu swojego debiutu staje przed bardzo trudną próbą, a mianowicie, przed tzw. "syndromem drugiej płyty". Problem tym większy, im debiut był lepszy. Wiadomo, że pierwsze wydawnictwo jest efektem nagromadzenia mnóstwa pomysłów, które w końcu znajdują swoje ujście, tudzież energii i zapału muzyków. Poza tym, jak to mówią stare wygi "szołbiznesu": "na nagranie pierwszej płyty masz całe życie, a na wydanie drugiej już tylko rok". Jako, że "Kosmiczną Odyseją Helvisa" Robotixy ustawiły sobie poprzeczkę bardzo wysoko, a płyta została przyjęta wielce entuzjastycznie, można się było obawiać, czy zespół udźwignie ciężar "popularności" na sajkowej scenie i nie spocznie na laurach. Z drugiej strony, chłopaki starając się sprostać dość wysokim oczekiwaniom, jakie przed nimi stawiano, mogli działać "na siłę" i wydusić z siebie materiał, który byłby przekombinowany i wymuszony. Z powyższych powodów, kiedy wkładałem najnowszą produkcję pułtuskich psychobillowców do odtwarzacza, z jednej strony paluchy mnie swędziały z niecierpliwości, ale z drugiej strony byłem przygotowany na wtopę. Włączyłem płytę i... była wtopa... ale moja... Konkretnie rzecz biorąc wtopiło mnie w ścianę. To co usłyszałem było po prostu REWELACYJNE. Po przesłuchaniu pierwszych trzech kawałków zaczęło mi świtać we łbie, że "Wrakobill" jest lepszy od debiutu.... po przesłuchaniu trzech kolejnych byłem pewien, że jest O NIEBO lepszy od "Kosmicznej Odyseji...". Zespół wychodzi z próby "drugiej płyty" jak najbardziej obronną ręką. A czym tym razem raczą nas psychotuskowcy? Krótko rzecz biorąc przebojami. Troszkę poniżej średniej znajdują się może tylko dwa kawałki: "Narew" i "Chucky", reszta to hity grane z takim ogniem, że jeśli nie porwą Was do tańca, to znaczy, że jesteście chyba sparaliżowani. O monotonii mowy nie ma, bo panowie nie ograniczają się do jednej szufladki i prezentują Nam szeroki wachlarz swoich możliwości. Jest i ostre psycho przywodzące na myśl Nekromantix ("Psychotic Reaction", "Wrakobill"); jest country - raz zaserwowane a'la Demented Are Go ("Rolling Down"), a raz a'la Godlles Wicked Creeps ("Śmiercionośny Poranek"); jest też i ballada, której nie powstydziliby się Mad Heads ("Suicidal Girl"). Oprócz tego jeszcze pięć szlagierów (z moim faworytem - madsinowatym "Horrorfanem" na czele), które jeszcze długo nie powinny dać zasnąć Waszym sąsiadom. Na deser szefowie kuchni proponują nam cover Misfits ("Last Caress"), zagrany w konwencji surfowo-skankowej. Niech Cię jednak szanowny czytelniku nie zmyli mnogość wymienionych przeze mnie kapel, do których porównuje twórczość Pułtuszczan (Pułtuskowiaków?, Pułtuskowian?). Nie oznacza to, że Robotixy rżną na lewo i prawo od tuzów gatunku. Porównania te przytaczam tylko po to, żeby określić w przybliżeniu, w jakim obszarze muzycznym znajduje się "Wrakobill". Tak naprawdę, to w stosunku do pierwszej płyty, wyraźniejszy stał się własny styl zespołu, który wcześniej był tylko zarysowany: specyficzny wokal Sivaxa (który na tej płycie wypada zdecydowanie lepiej), chórki, charakterystyczne zagrywki i solóweczki gitarowe no i praca sekcji rytmicznej sprawiają, że jeśli tak dalej pójdzie, to niedługo do Robotixów będzie można przyrównywać inne kapelki. Krótko mówiąc: chłopaki jadą z jajem, bez obciachu, bez kompleksów i z uśmiechem na pysku. Kiedyś robiono rodzimym kapelom krzywdę mówiąc o nich, że są dobre... jak na Polskę. Dodanie tych trzech słów wystarczyło by usprawiedliwić kiepskie brzmienie, brak umiejętności muzycznych i wtórne pomysły na granie. Tym wydawnictwem Robotixy udowadniają, że są bardzo dobrym bendem... i to nie tylko "jak na Polskę". Z wielkim bólem muszę jeszcze wspomnieć o jednej sprawie, związanej nie tyle z samą płytą, co z jej oprawą. Chodzi mianowicie o okładkę, która jak dla mnie jest (mówiąc BARDZO delikatnie) mało finezyjna, by nie rzec sztampowa, aż do bólu i nie ma jej nawet co porównywać do okładki debiutu. Jeśli jednak kolejna płyta Robotixów będzie o tyle lepsza o "Wrakobilla", o ile "Wrakobill" jest lepszy od "Kosmicznej Odyseji..." to jak dla mnie, może ona nawet mieć okładkę wydrukowaną na papierze toaletowym z namalowaną na froncie podobizną A. Lepera.
(Wrzosek)

Sam koncert został unieśmiertelniony z kolei przez recenzję Kostka. Trochę się wykpiwam z opisami, ale kaman – ile entuzjazmu było wtedy w ludziach tworzących scenę, że praktycznie każda płyta i większa impreza była ze szczegółami opisywany bezpośrednio po wydaniu czy wydarzeniu – warto więc docenić robotę jaką wtedy odwalali i przypomnieć trochę tych recek.

Premiera drugiej płyty Robotix -"Wrakobill-a" 
Robotix, Buzz Astral & the Bones Collectors, The Obibox, Fly Men 
24.IV.2004 pub 2 Kółka
W końcu po kilku miesiącach oczekiwań nastąpił ten dzień. Światło dzienne ujrzała druga płyta Robotixów. Chwile tę uświetnił koncert w warszawskim klubie 2 Kołka. Oprócz gwiazd wieczoru zagrały trzy kapele, mimo tego że na plakatach wymienione były tylko dwa supporty. Gościnnie i bez zapowiedzi zagrała młoda, warszawska nadzieja sceny - Fly Men. Pomimo tego, że dzień był chłodny i deszczowy, sajkowa załoga stawiła się w sporej sile. Planowo koncert miał się rozpocząć o godzinie 20, ale w tym kraju koncerty nie rozpoczynają się planowo. Na spore opóźnienie wpłynął również fakt kłopotów technicznych, których nie udało się rozwiązać do końca koncertu. Czas oczekiwania na rozpoczęcie imprezy umilaliśmy sobie spotkaniami towarzyskimi na zewnątrz klubu. 
Wreszcie po kilku próbach, na scenie zainstalowali się na dobre debiutanci, czyli Fly Men. Występ tych młodych muzyków, był dla mnie i chyba nie tylko dla mnie, najjaśniejszym punktem sobotniego wieczoru. Muzyka jaka prezentowali była dla mnie sporym zaskoczeniem. Bardzo przebojowa mieszanka psychobilly/surfu, zagrana z polotem i fantazją. Widać, że gitarzysta wie po co trzyma gitarę w rękach i co z nią robić. Jeżeli zespół pójdzie obraną drogą i podszkoli swój warsztat oraz znajdzie dobrego wokalistę, wówczas wróżę im spory rozgłos.

Obibox, 2 Kółka 

Po występie debiutantów, na scenę wkroczyli agrosi z Obibox. Po dłuższej przerwie rozpoczęli swój set. Był to drugi koncert, który widziałem w ich wykonaniu. Kapela poczyniła spore postępy od stycznia, na perkusji zasiadł Stefan vel Suck My Gun, co wyszło Obiboxom na dobre. Widać, że muzycy się ze sobą zgrali i powoli zaczynają nabierać własny styl. Ich twórczość można zaklasyfikować jako tradycyjne psychobilly podlane punkowym sosem. Podczas swojego występu nie ustrzegli się kilku błędów, z których jednak wyszli obronna ręka "...raz dwa trzy...". Cały ich występ zabił jednak akustyk, a właściwie jego brak. Mikrofon wokalisty był całkowicie niesłyszalny i niestety nic się z tym nie dało zrobić. Występ Obiboxow kilka razy był przerywany, albo przez muzyków, niezadowolonych z brzmienia, albo przez publikę, z tego samego powodu.

Po Obiboxach na scenę weszli muzycy, którzy do niedawna grali jako Haberbush '46, czyli Buzz Astral & The Bones Collectors. Po trudach z jako takim ustawieniem instrumentów i nagłośnienia rozpoczęli grać, jednakże nie dane im było zagrać tak jak by chcieli. Średnio co jeden lub dwa numery ich występ przerywany był przez pijane jednostki z publiczności oraz przez samych muzyków. Niestety w ich przypadku również sprzęt odmówił współpracy i nagłośnienie pozostało takie jakie było, czyli do dupy. Gdyby nie problemy techniczne koncert Buzz Astral byłby bardzo udany. Zaprezentowali sprawny mix punkabilly, który porwał do zabawy duża cześć publiki. Oprócz własnej twórczości Buzz Astral zagral hiciarskie covery, między innymi utwory The Meteors, Sham 69 oraz Ramzes & The Hooligans, które rozruszały wszystkich przybyłych.

Buzz Astral, 2 Kółka

Dopiero około pół godziny po zakończeniu występu Buzz'a Astral'a, Robotix pojawił się na scenie, aby zapoznać nas ze swoja premierowa twórczością. Na szczęście, sprzęt na scenie uległ wymianie i komuś udało się choć trochę nagłośnić wokale. Załoga z Pułtuska rozpoczęła od starych utworów z "Kosmicznej Odysei Helvisa", by następnie wpleść nowe utwory z drugiej płyty pod tytułem "Wrakobill". Nowe utwory wydają się być bardziej eklektyczne i oszczędne w brzmieniach. Widać, że druga płyta jest bardziej dopracowana i sporo jest na niej potencjalnych hitów. Mimo tego, że godzina była już późna, publiczność nie zawiodła i pod scena zrobił się niezły tłok. Widać było, że każdy czekał na ten zespół i na ich nowe wydawnictwo. Pomimo sporych problemów w tygodniu przed koncertem (utrata gitary i pieca przez gitarzystę), muzycy nie poddawali się i dali z siebie wszystko, co dobrze wróżyło przed wyprawa na zachód i podbijaniem europejskich klubów. Po skończeniu przez Robotix przygotowanego przez nich występu, publika nie dala im zejść ze sceny i posypały się utwory na bis. Między innymi zagrany w świetnej wersji cover Misfitsów. W końcu, po odegraniu około półtora godziny na scenie, koncert się zakończył i można się było udać do domów, aby przesłuchać z uwagą "Wrakobilla".

Robotix, 2 Kółka

Ogólnie koncert należy zaliczyć do udanych, na pewno od strony towarzyskiej. Jednakże od strony muzycznej, muszę stwierdzić, że klub nadaje się na takie koncerty, ale nagłośnienie w tym klubie nie, bo nagłośnienia tam praktycznie nie ma.
(Kostek)

Let's Wreck, 2 Kółka

Z mojej strony parę dygresji. 2 Kółka to była knajpa motocyklowa przy Dworcu Zachodnim. Początkowo znajdowała się w obskurnych budach, które potem wyburzono pod budowę Hali Expo, a następnie przeniesiono ją na pobliską Tunelową do niewielkiego, wolnostojącego budynku. Czasami bywałem jeszcze w tych starych 2 Kółkach i co od razu mi się w nich spodobało to, że zawsze mieli w miarę tanie lane piwo i leciała zupełnie inna muza niż w typowej warszawskiej kuflotece. Przez motocyklowe koneksje było sporo rock’n’rolla, hard rocka, nawet trochę punka w stylu Clash czy Ramones. Po przeniesieniu do nowej miejscówki, która miała jedną, za to większą salę, przystrojoną motocyklem z przyczepą wiszącym na ścianie, od biedy można było tam robić koncerty – od biedy, bo nagłośnienie było zazwyczaj masakryczne. W tekście Kostka opis występu Buzz Astrala jest sporym eufemizmem bo zagraliśmy tam poniżej wszelkiej krytyki, ale na scenie słyszeliśmy wyłącznie perkusję. Jak uderzałem w struny gitary to słyszałem, że robi się głośniej, ale żadnego konkretnego dźwięku z tego wyłapać nie mogłem, a jeszcze na dodatek szwankowały piece i mikrofon. Gdybyśmy złapali się w czwórkę za bary i zaśpiewali w stylu Chóru Juranda to by lepiej wyszło niż ta ściana dźwięku, którą wyprodukowaliśmy. O tyle szkoda, że tego dnia dowaliło naprawdę konkretnie ludzi, praktycznie cały pub był zapchany, co w jakiś sposób było miernikiem popularności sajko w tym czasie.

Przedziwny koncert wypalił z partyzanta w poniedziałek tuż po weekendzie z Meteorsami w Punkcie. W No Mercy, czyli starych Kotłach, miały zagrać De Tazsos i Obibox, ale ze względu na problemy techniczne obie kapele poplumkały trochę unplugged, a następnie cała ekipa przeniosła się do pobliskich 2 Kółek, gdzie miał być sprzęt do grania, a było jedynie lane piwo, co w sumie zostało skwitowane powszechnym „może być”, a kapele zamiast grać na scenie grały ze sobą w piłkarzyki.

W sumie najfajniejszy z tych wszystkich lokalno-stołecznych był pół-oficjalny koncert na początku września w garażu u Jawora na Siekierkach, gdzie była też sala prób Tazsosów i Buzz Astral. Ponieważ teren był prywatny, zrobiliśmy to bez biletów, z browarem sprzedawanym bez żadnej koncesji, a wiadomości o balecie rozprowadzano wyłącznie pocztą pantoflową wśród znajomych, po części na koncercie Robotix, który miał miejsce dzień wcześniej. Przez to atmosfera była iście rodzinna, nie przeszkadzały więc siermiężne warunki, a paradoksalnie dźwięk udało się uzyskać znacznie lepszy niż w 2 Kółkach. Tego dnia zagrały Obibox, Buzz Astral i De Tazsos, a jedynym zgrzytem było pojawienie się jednego narąbanego troublemakersa, który próbował fikać, więc wyłapał parę strzałów po pysku i kopów w dupę na wskazanie kierunku w którym ma spierdalać. O ile Robotix był wtedy w wyśmienitej formie, o tyle po koncercie De Tazsos podszedł do mnie Wrzosek z refleksją, że jeśli chodzi o jego zdanie to właśnie marysińska kamanda wyraźnie się staje najlepszym krajowym produktem spod znaku psychobilly, czemu mogłem jedynie przytaknąć, bo mój punkt widzenia był identyczny. W tym czasie Tazsosinagrali swoją drugą demówkę, ponownie w amatorski sposób, metodą „na żywo”, w jaworowej kanciapie na próby. Efekt był jednak o niebo lepszy niż nagrywka sprzed roku.

Buzz Astral na dachu garażu robiącego za salę prób, Patreze, Trojan, Jezek, Piter

Przede wszystkim wyszło im fajne brzmienie w klimacie lat 80-tych, ale zdecydowanie bardziej w stronę Meteors czy Coffin Nails niż psycho-rockabillowych koncepcji Komet. Fascynacje polską punkową legendą, Siekierą też wyraźnie przebijały w wielu kompozycjach Patreze i Jolskiego, zarówno tekstowo jak i muzycznie. W efekcie stworzyli własny styl, który z jednej strony bardzo mocno był osadzony w klasyce gatunku, a z drugiej pozostawał na tyle oryginalny, na ile to możliwe w dzisiejszych czasach, kiedy każda możliwa sekwencja akordów została już kiedyś przez kogoś zagrana. Na drugą demówkę składały się w sumie cztery numery: Hiena cmentarna, Psycho Thriller, Nekro Spiritual oraz Hiszpańskie łaskotki – dwa ostatnie doczekały się zresztą  realizacji w bardziej cywilizowanych warunkach studyjnych. Pewnie, że ciągle to było kanciaste, wokale mocno niedopracowane, a warunki realizacji nie pozwalały osiągnąć lepszego efektu. Ale w samych numerach i kapeli drzemał spory potencjał – zresztą jak przy okazji realizacji numeru na składak Psycho Attack Over Poland trafiła im się możliwość pracy w dobrych warunkach to momentalnie ten potencjał uwolnili. Jeśli liczyć ten średnio-poważny unplugged z Obiboxami to Tazsosi w 2004 roku zagrali chyba w sumie siedem koncertów i na scenie też radzili sobie wyraźnie coraz lepiej.

W identycznym składzie - Obibox, Buzz Astral, De Tazsos – w połowie listopada odbył się już jak najbardziej oficjalna impreza w Aurorze, która przed przebudową prawdopodobnie miała by się szansę znaleźć w dziesiątce najmniejszych miejscówek koncertowych w Europie. Miejsca między sceną a barem było tyle, że grając na scenie widziało się dokładnie jakie piwo barman właśnie wyciąga z lodówki. Przy 50 osobach był tam już niemały tłumek, przy 80 tłok, a przy 100 ścisk, który nawet sardynki z puszki mogłyby uznać za skandaliczny. Dobrze, że ludzi przyszło bliżej 80 niż 100 ;) A sam koncert jak to koncert, Obibox odkąd grał z nimi Stefan radzili sobie zupełnie dobrze, Buzz Astral jako tako, ale bez kompromitacji jak w Kółkach, a De Tazsos z wyraźną chrapką na przejęcie pierwszego miejsca na podium polskiego sajko, na którym do tej pory rozpychali się Robotixy, Komety i Zvezda.

Z większych imprez najbardziej specyficzny charakter miała ta z połowy września ponieważ koncert De Tazsos, Pavulon Twist, Flymen i punkowego Werewolf 77 był jednocześnie imprezą weselną Sivej i Kostka z Polish Wrecking Krew – skoro sajko przestało być wyłącznie warszawsko-pułtuskim biznesem to w zasadzie ciężko było dalej nazywać załogę Warsaw Wrecking Krew. Tym bardziej, że między poszczególnymi miastami nie było żadnych krzywych klimatów i w zasadzie całą ekipę traktowało się jako jedną – niezależnie kto był z jakiego ośrodka – choć oczywiście stolicy ciągle stanowiła zdecydowaną większość wśród rodzimych crazed. Kostek przeprowadził się w tym okresie do Warszawy, gdzie do dziś pozostaje jedną z najbardziej aktywnych osób na scenie. Cała impreza odbyła się w Aurorze i przewinął się przez nią niemały tłumek, co znam z opowieści, bo w tym czasie wygrzewałem kości nad bułgarskim wybrzeżem.

Dzbanek (Rana Kłuta), Patreze (De Tazsos, Buzz Astral, Rana Kłuta), ognisko na Marysinie

Werwolf 77 ;) ognisko na Marysinie

Aktywność koncertowa Stan Zvezdy ograniczyła się do kilku koncertów, na których ciągle grali to samo, ale z taką energią, że zupełnie nikomu nie przeszkadzała ta powtarzalność repertuaru. Świetna zabawa była na majowej imprezie w Jadłodajni Filozoficznej – nazwa jak nazwa – knajpa znajdowała się w zagłębiu małych klubików przy Dobrej na Powiślu i choć częściej imprezy miały miejsce w położonej kilka metrów obok Aurorze, to chyba Jadłodajnia była sympatyczniejsza. Na ten koncert dobiłem mocno spóźniony, ponieważ byłem na meczu Polonii ze Świtem w Nowym Dworze zakończonym szarpaninami i ganiankami z policją. Kumpla ugryzł z ramię koń policyjny, który rozmiarowo przypominał raczej słonia niż konia – mimo, że ugryziony miał siniaka wielkości piłki to i tak wszyscy dostawali ataku śmiechu jak sobie przypominali tą sytuację. Drugiego kumpla z kolei musiałem nieść na plecach, bo w zamieszaniu zerwał sobie ścięgno w nodze - a wszystko w lekkim truchcie, żeby nie dostać mendziarską pałą – znaczy się pałą to by dostał kumpel – bo mi wisiał na plecach ;)
Równie klawy set zagrała Zvezda na darmowym koncercie w Parku Skaryszewskim, gdzie występowali z żeńską kapelą (post?)punkową Los Trabantos. W pewnym momencie inwazji na scenę dokonało kilkanaście dzieciaków z okolicznej Pragi w wieku 7-12 lata i do końca koncertu skakały i bawiły się na scenie razem z Jackiem ze Stan Zvezdy – gość na każdym koncercie nawiązywał świetny kontakt z publiką, nawet jak była wybitnie nieletnia ;)

Tuż po wakacjach Stan Zvezda grała też na Małym dziedzińcu UW, dzieląc scenę z Pavulonami, którzy wypadli o wiele bardziej czadownie niż na 5 sajkonajcie. Tak jak rok temu te darmowe imprezy na uniwerku przyciągnęły niemałe tłumy, to tym razem pod względem frekwencji było chyba nawet lepiej, a impreza przeciągnęła się do godzin póżnonocnych w knajpach nad Wisłą. Wydaje mi się, że te koncerty na UW oraz na weselichu Sivej i Kostka to były ostatki Pavulonu z Andriejem w składzie. O ile prywatnie ów warszawski Rosjanin jest dusza człowiek, o tyle pamiętam jego totalne nieogarnięcie jak pojawiał się na próbach Haberbuscha, a skłonności do wypitki mocniejszych trunków jeszcze pogarszały problemy komunikacyjne jakie często występowały na linii Andriej-reszta świata. Reszta Pavulonów miała bardziej dalekosiężne plany do realizacji w profesjonalny sposób i trochę powyżej uszu mieli użeranie się z niesforą. Ale wokalu i charyzmy Andrieja jednak było szkoda, a grupa po wyrzuceniu go za burtę nie była aktywna koncertowo przez ponad rok. Ważne, że wszystko odbyło się po ludzku i po rozstaniu nie żywili do siebie urazy, a ex-wokalista przychodził na ich późniejsze koncerty i dobrze się bawił pod sceną.

Tydzień wcześniej Robotixzagrali koncert w Jadłodajni (razem ze ska punkowym Kuflers), który połączono z hucznymi obchodami urodzin Arcziego. Na jesieni zagrali jeszcze w pobliskim Legionowie i wreszcie na VIII sajkonajcie, o czym jeszcze napiszę.

Pleban, Robotix

W sumie o ile moje zapiski są kompletne to w 2004 roku w samej Warszawie (łącznie z będącym w aglomeracji Legionowem) odbyły się 22 (słownie dwadzieścia dwa) koncerty, które w ten czy inny sposób można by połączyć ze słowem psychobilly (nie licząc kilkunastu imprez didżejskich). Plus jeszcze trzy, na których wystąpiły kapele związane z sajko, ale sam klimat tych imprez był zupełnie niesajkowy. O występie Ot Vinty na ukraińskim sylwestrze już wspominałem w innej części. Chłopaki z Równego pojawili się też na koncercie poparcia dla nowych władz Ukrainy jakie wyłoniły się po tzw. „pomarańczowej rewolucji” – już nie pamiętam kto organizował ten koncert, ale chyba Urząd Miasta, więc wychodzi na to, że zapłacili za to podatnicy. Generalnie impreza do dupy, podbiłem tam z Łukim z Wrocławia i chyba Panterkiem, bo akurat to było tego samego dnia co jeden z sajkonajtów. Czekając na Ot Vintę wysłuchaliśmy nieśmiesznych żartów Tyma, którego kiedyś bardzo lubiłem za jego rewelacyjne role filmowe, a teraz najchętniej machnął bym w niego zgniłym bakłażanem, bo poczucie humoru ma poniżej poziomu Drozdy (choć wydaje się to sprzeczne z prawami fizyki). Za to Ot Vinta walnęła trzy numery i to był cały ich udział w imprezie. Jedyny pożytek z tego mieliśmy, że podróż z Muranowa pod Belweder i abarot była zbawienną przerwą od picia trunków, które konsumowaliśmy od bladego świtu. Trzecią impreza był festiwal antify w No Mercy, na którym zagrał Flymen – dziwnym trafem organizowany tego samego dnia co VII Psychobilly Night. Parę osób pocisnęło po nich, że bawią się w niepotrzebną politykę, dzieląc scenę z ultra-lewackimi kapelami, a ostatnią rzeczą, której potrzeba scenie psychobilly to przylepienie się do niej jakiś politycznych radykałów, już nie ważne spod jakiej chorągiewki. W zamyśle Flymenów pewnie nawet nie o to chodziło - dostali propozycję zagrania to zagrali, bo z tego co pamiętam jakoś w nic politycznego nie byli specjalnie zaangażowani. Zostawmy. Jakby nie liczyć to wychodzi, że w 2004 roku tych imprez sajkowych było niewiele mniej niż w takim Berlinie, jeśli w ogóle mniej.
Z dzisiejszej perspektywy aż trudno w to uwierzyć, ale wtedy w stolicy i okolicach było aktywnych aż 8 kapel z klimatu, a na imprezy z zagranicznymi bandami przychodziło po kilkaset osób. Nigdy później psychobilly nie miało się nad Wisłą tak dobrze, a przynajmniej nad Wisłą w okolicach Warszawy.

Koncerty sajko miały miejsce nie tylko w stolicy – w coraz większej ilości miast były organizowane podobne imprezy, rzecz jasna w mniejszej ilości, ze skromniejszą liczbą publiki, ale powoli Warsaw Wrecking Krew zmieniało się w Polish Wrecking Krew.
Przede wszystkim pojawiła się pierwsza kapela spoza warszawsko-pułtuskiego środowiska The Jet-Sons z Rzeszowa, a w zasadzie z pobliskich Kosin. Poświęcę im kilka słów więcej przy okazji ich pierwszego koncertu w warszawskim Punkcie.
W kwietniu Tazsosi i Obiboxi zagrali, wspólnie z kabaretowo-punkowymi Biletami Do Kontroli w Łodzi, ciągnąc za sobą sporą ekipę ze stolicy. Kilka miesięcy później w tym samym miejscu, w Stereo Krogs, grały też Komety - już w nowym składzie, i z bardziej countrowo-partyjnym repertuarem. W tym mieście była już wtedy niewielka ekipa sajko, która regularnie przyjeżdżała do Warszawy na Psychobilly Nights. W maju Komety z kolei odwiedziły wrocławski Madness, gdzie scenę dzieliły z kapelą ska – Hala E4, w której z kolei udzielał się Kostek.

Robotix tradycyjnie odwiedził Olsztyn, po części ze względu na kontakty Radka z Cosmica, który zdaje się pochodził z tego miasta, a także Wrocław, gdzie klimaty sajkobilly miały się całkiem dobrze już do pewnego czasu. Pojawili się też na halloweenowej imprezie w Bydgoszczy (z Aniołami, pobocznym projektem Piguły z Analogsów pod nazwą Anti-Dread oraz Inerdzią), a następnego dnia na podobnym party w Gnieźnie.
Ogromną robotę dla Pułtuskiej kapeli wykonała też Ewka – Crazy, która zorganizowała im w 2004 roku dwa toury. Pierwszy na przełomie kwietnia i maja – podczas którego zagrali 5 koncertów w Niemczech, Francji i Czechach, gdzie jeśli wierzyć ich relacjom, a nie mamy podstaw by nie wierzyć, zostali bardzo dobrze przyjęci przez publiczność ;). Szczególnie fajna musiała być impreza pierwszomajowa w Lipsku, gdzie dzielili sceną z Green Monster, Evil Devil i Long Tall Texans (którzy nawet zagrali na sprzęcie Robotów). Późną jesienią kolejna minitrasa Robotixa zahaczyła o Austrię, Czechy i Wrocław. Wydawało się, że grupa jest na dobrej drodze do wyrobienia sobie uznanej marki na europejskiej scenie psychobilly, gdyby nie pewien drobny szkopuł – kilka miesięcy później rozleciała się na amen, o czym jeszcze parę słów napiszę.

Robotix, Mad'n'Crazy, Berlin

Na koniec jeszcze akapit o składance …jak zwyciężać mamy. Artyści polscy w hołdzie Mazurkowi Dąbrowskiego. Tytuł w zasadzie mówił wszystko, ale jeśli ktoś się nie domyślił to owa kompilacja zawierała wersje i wariację hymnu narodowego wykonywane przez grupy i muzyków z bardzo różnych środowisk, bo był tu z jednej strony Kazik i Pan Profeska, a z drugiej Trebunie Tutki, Urszula Dudziak, Stanisław Sojka czy Orkiestra Reprezentacyjna Wojska Polskiego. Dla nas o tyle ciekawe, że było tam reprezentowane również psychobilly pod postacią Robotixa i Komet! Zdaje się, że przy całym pomyśle udzielali się ludzie z Cosmików stąd obecność pewnych kapel, a kawałek Komet pochodził chyba z czasu kiedy jeszcze nie darli ze sobą kotów – w każdym bądź razie jeszcze z Plebanem na kontrabasie. Płyta była załączana jako bezpłatny dodatek do dziennika „Życie” z dnia 10 listopada 2004. Robotix postawił na zupełną wariację, tyle, że z oryginalnym tekstem – jak dla mnie petarda. Komety zagrały świetnego instrumentala w surfowo-sajkowej wersji.