środa, 27 listopada 2013

Dyskografia psychobilly 1983 - cz. 4



1983
 
VA - Blood on the Cats vol. 1 LP [Anagram, GRAM 009]
A1 Alien Sex Fiend – Wild Women (Version)
A2 Sunglasses After Dark  – Swamp Baby
A3 Jazz Butcher – The Jazz Butcher Meets Count Dracula
A4 Bone Orchard – Fats Terminal
A5 Escalators – The Day The Sun Burned Down
A6 Guana Batz – Cannibal Run (Written-By – Turner, White, Hancock, Osbourne)
A7 Meteors – Graveyard Stomp (Written-By – P.Paul Fenech)
B1 Screamin' Lord Sutch Loony Party – Murder In The Graveyard
B2 Stingrays – Dinosaurs (Written-By – Croce)
B3 Outcasts – Seven Deadly Sins (Written-By – Cowan, Graham) 
B4 Ricochets – Runnin' Wild (Written-By – Sardi, Sardi)
B5 Panther Burns – Red Headed Woman
B6 Shockabilly – City Of Corruption


Osiem tygodni na Indie Charts, najwyższe miejsce 5. Jednym słowem pierwsza kompilacja, której tematem przewodnim była muzyka psychobilly sprzedawała się zupełnie nieźle. Rzecz w tym, że mimo podpisu Psychobilly Compilation i okładki nawiązującej do stylu, w roku 1983 nie bardzo było z czego taką składankę wykręcić. W rezultacie tylko mniej niż połowa numerów można było określić bez specjalnego naciągania jako sajkowe, a też prawie wszystkie były znane z innych płyt – wyjątkiem był tu Cannibal Run Guana Batz, bardzo podobny stylistycznie do tego co kapela zagrała na pierwszym singlu. Żadnych wątpliwości nie budziły też piosenki Meteors czy Ricochets, a z pewnym przymrużeniem oka też Sting-Rays i Outcasts. Pozostałe kapele były wyciągnięte z nurtu gotyckiego, garażowego czy post-punkowego, a jeszcze oddzielny temat stanowił numer klasyka brytyjskiego jajcarskiego rock’n’rolla czyli Screamin’ Lord Sutcha. Z drugiej strony dobór zespołów na kompilacje pokazuje jak jeszcze nieokreślonym pojęciem było psychobilly na początku lat 80-tych, i że bardziej traktowano to wówczas jako pewien ferment na angielskiej scenie, niż konkretny gatunek muzyczny. 


Fireball XL5Rockin’ Shoes 7" [Northwood, NW EP 102]
A1 Rockin Shoes (Written-By – Bridgwood, Cooper, Kelf, Samuel, Thorne)
A2 Searchin For My Baby (Written-By – Bridgwood, Cooper, Kelf, Samuel, Thorne)                       
B1 Reconsider (Written-By – Bridgwood, Cooper, Kelf, Samuel, Thorne)                            
B2 Bad Day (Written-By – Bridgwood, Cooper, Kelf, Samuel, Thorne)


Kolejna brytyjska kapela, która usadowiła się na terenie pomiędzy typowym neo-rockabilly, a brzmieniem wynalezionym przez The Meteors. Fireball XL5 powstał na początku 1982 roku w Norwich, szybko nagrał demówkę i  rozesłał ją do kilku wytwórni płytowych. Jedna z nich – Northwood - zaproponowała zespołowi wydanie debiutanckiego singla. Fireballsi udali się do Londynu, gdzie podczas jednodniowej sesji zarejestrowali cztery piosenki. Wszystkie były kompozycjami własnymi kapeli, utrzymanymi w minimalistycznym, nieco melancholijnym stylu zbliżonym do neo-rockabilly, ale z wyraźnym punkowym zacięciem, przez co grupa została włączona do szeroko rozumianego nurtu sajko, choć sami żartobliwie określali swoje granie jako “epileptic hillbilly”. Choć patrząc na stare zdjęcia chłopaków z Norwich i ich koszulki Meteorsów – kojarzenie ich z psychobilly nie było z pewnością dla nich żadnym problemem. Realizatorem singla był dobrze znany na scenie neo-rockabilly Boz Boorer z Polecats.

Dazzlers - Get Away Of My Brain LP [Rockhouse, LP 8310]
A1 Get Away Of My Brain (Written-By – Charly Markarian)                                  
A2 Country Stress (Written-By – Charly Markarian)                                                
A3 Bear Cat (Written-By – Rufus Thomas) (Rufus Thomas, 1953)
A4 Day Dream (Written-By – Charly Markarian)                                                       
A5 Whistle Bait (Written-By – Larry Collins, Lorrie Collins) (The Collins Kids, 1958)
A6 Indianapolis (Written-By – Charly Markarian)                                                     
A7 Cat Man (Written-By – Gene Vincent, Bill Davis)
B1 Gun In Head (Written-By – Charly Markarian)                                                     
B2 Ride On (Written-By – Charly Markarian)                                                             
B3 Susie Q (Written-By – Hawkins, Broadwater, Lewis) (Dale Hawkins, 1957)
B4 Her Love Rubbed Off (Written-By – Carl Perkins) (Carl Perkins, 1957)
B5 All Night Long (Written-By – Charly Markarian)                                                 
B6 Street Fight (Written-By – Charly Markarian)                                                       
B7 Switch Off Sun (Written-By – Charly Markarian)


Pierwszy swój zagraniczny koncert The Meteors zagrali pod koniec 1981 w Paryżu. Nic dziwnego, że to właśnie grupa z Francji wydała pierwszy niebrytyjski LP w stylistyce psycho/rockabilly (materiał został nagrany w trzy dni, w grudniu 1982 r.). Sam klimat płyty jest co prawda zdecydowanie bliższy temu co zaproponowali Ricochets niż Meteors, ale wpływy sajko są ewidentne, nawet biorąc pod uwagę, że Dazzlers nigdy się nie określali jako psychobilly. Grupa rok wcześniej jeszcze pod nazwą Bopcats wydała singiel Street Fight, który jest utrzymany w typowej dla tego okresu stylistyce neo-rockabilly, może z trochę energiczniejszym rytmem, ale Get Away Of My Brain to jednak już zupełnie inna bajka. Brzmienie jest bardziej mroczne, ostrzejsze, z punkowym sznytem. Kiedy w 1983 występowali w Rotterdamie na rock’n’rollwym festiwalu organizowanym przez Rockhouse miejscowi tedsi zareagowali na, ich zdaniem, zbyt punkowe granie Dazzlers, wszczynając zamieszki, których smutny finał miał w ożenieniu jednej osobie kosy. Najlepsze kawałki własne grupy to tytułowy Get Away Of My Brain, Country Stress oraz Ride On. Świetnie zaaranżowane są też covery Whistle Bait nastoletniej grupy rockabilly Collins Kids z lat 50-tych oraz standard Gene Vincenta Cat Man.
 


poniedziałek, 25 listopada 2013

Sajkostory 27



Sukces pierwszej edycji Saturday Psychobilly Night i przychylne przyjęcie debiutu Robotix podziałały na Cosmic jak turbo-dopalacz. Kosmiczna Odyseja Helvisa była z pewnością udaną produkcją w swojej kategorii, trudno było jednak liczyć na jakąś rewelacyjną sprzedaż bez promocji w radio i TV– takie były rodzime realia. Kosmiki jednak znalazły na to bardzo sprytny patent – wysyłali spore ilości CD Robotixów do wytwórni zachodnich specjalizujących się w tego rodzaju muzyce, a w zamian otrzymywali pozycje wydawane przez owe wytwórnie. I właśnie te płyty sajko, rockabilly, horror punk et cetera, stały się bazą do otworzenia sklepu Cosmica, który początkowo funkcjonował na zasadzie ćwierćoficjalnej w biurze firmy znajdującym się przy Świętokrzyskiej w samym centrum miasta. Nie pamiętam nawet jakimi kanałami ludzie dowiadywali się o istnieniu tego proto-sklepu – w każdym bądź razie okazało się, że istnieją osoby, które słuchają sajko, i całkiem dobrze kojarzą ten styl, choć nikt z naszej ekipy ich nie znał. Radek opowiadał, że przychodził do nich jakiś gościu w garniturze, który pracował niedaleko jako makler, i kupował na pęczki płyty nie mogąc się nadziwić, że wreszcie jest w stanie coś takiego dostać w Polsce.

Te płyty z zachodu szły na tyle dobrze, że Cosmic zdecydował się stworzyć już jak najbardziej oficjalny sklep, ale szło to jak po grudzie i w efekcie jego otwarcie nastąpiło dopiero w październiku 2004, czyli w okresie gdy aktywność firmy przy organizacji koncertów już się dopalała. Zielna to była niespecjalnie długa uliczka, z której niewiele zostało po Powstaniu – tuż po wojnie mieszkała tam moja rodzina w resztkach kamienicy zredukowanej przez niemieckie bomby do parteru, zanim nie zostali przekwaterowani do wybudowanych na pobliskim Muranowie nowych bloków. Większa część gruzowisk Zielnej została wymieciona do reszty i powstał na tym miejscu Plac Defilad. Na odcinku po drugiej stronie Świętokrzyskiej pozostawiono parę starych kamienic i gmach Pasty, budując vis a vis nich dość obskurne pawilony handlowe, które w latach 90-tych stały się zagłębiem warszawskich kebabowni, tanich spelunek i peep showów. W takim towarzystwie rozłożył się Cosmic zaczynając od małego pomieszczenia na parterze, a z czasem, gdy znacznie powiększył się im asortyment ciuchowy i butowy wynajęli też pomieszczenie na piętrze. Lokalizacja była o tyle dobra, że znajdowała się w ścisłym centrum miasta i łatwo było tam trafić.
Pawilony nie przetrwały wiele dłużej – zostały wyburzone w 2010 roku.

Zamknięty już sklep Cosmica w pawilonach przy Zielnej (obok sklepu z napisem Delikatesy Alkohole) (fot. http://czarnota.org)

Ponieważ firma sprowadzała płyty z zachodu nie za gotówkę, ale na zasadzie wymiany, mogła zaproponować naprawdę konkurencyjne ceny – w ich sklepie kosztowały o 20-30% taniej niż w dystrybucji Crazy Love, do tego nie trzeba było tej całej kołomyi z przesyłkami, dodatkowymi kosztami i pocztą polską. Szło się do sklepu i kupowało co tam wpadło w oko. Sporym minusem było to, że nie siedzieli za dobrze w muzyce sajko i brali stuff jak leci – wszystkiego po trochu, więc dobre pozycje schodziły na pniu i często nigdy nie były już uzupełniane, a badziew zalegał na półkach aż do finalnych dni Cosmica. Inna sprawa, że od upowszechnienia się na przełomie wieków internetu i mp3 sprzedaż płyt na świecie zaczęła lecieć na mordę lotem koszącym i szybko głównym źródłem przychodów stały się ciuchy oraz buty. Ciekawa sprawa, bo akurat mniej więcej wtedy sieć New Yorkera wypuściła całą serię ciuchów w takim pseudo rockabillowo/sajkowym klimacie – koszule w płomienie, skarpety w czaszki, takie sprawy ;) Z jednej strony trochę spopularyzowało to ów styl ubierania się, z drugiej przestał on być oryginalny, skoro każdy to mógł sobie kupić w centrum handlowym. Pamiętam, że Radek w pewnym momencie skonstatował z lekkim zdziwieniem, że najlepiej szły wdzianka z motywami religijnymi utrzymanymi w takim trochę kwiecistym, meksykańskim stylu – pewnie właśnie dlatego, że duże sieciówki trzymały się od czegoś takiego na dystans. Przez jakiś okres za ladą w sklepie pracował Kuba Panow, potem Andriej, a w biurze Cosmica Sylwia – można więc powiedzieć, że firma ekipą stała ;) Ten kramik na Zielnej nie przetrwał zbyt długo – bodajże do końca 2005 roku, kiedy w pawilonach podniesiono czynsz o 100% i Cosmic się stamtąd zawinął – mieli się przenieść do Galerii Mokotów, ale to już było sporo od centrum i szczerze mówiąc nawet nie jestem teraz w stanie sobie przypomnieć czy do tego doszło, czy sklep padł na dobre.


Jazdy na forum Partii, jakie wynikły przy okazji organizacji pierwszego sajko najta, wycinanie postów, czy całych tematów, skłoniły nas do refleksji, że czas najwyższy by zrobić własną stronę www jak również własne forum dyskusyjne poświęcone psychobilly oraz pokrewnym gatunkom. Przez kilka lat cała ta sajkosubkultura była nad Wisłą tak marginalną sprawą skupioną wokół kilku znajomych, że jakoś nikt nie miał ambicji by się tym zajmować – ale kiedy na forum Partii/Komet zaczęło się dla nas robić zbyt ciasno, nie było na co dłużej czekać i wykroiliśmy sobie własny kawałek podłogi w internecie gdzieś na początku lutego 2003. W pionierskim okresie stronę i przy okazji forum robiły cztery osoby: Siva, Sylwia, Wrzosek i ja – no forum to robiło się samo tylko trzeba było je założyć. Nikt z nas nie był specjalnie biegły w projektowaniu stron www, ale html w sumie jest dosyć prostym językiem i jakąś tam prymitywną wersję byłem w stanie sam zrobić przy pomocy wskazówek znalezionych w necie. Co do moderacji forum stwierdziliśmy, że nie będziemy usuwać postów ze względu na poglądy, za to troili tępić bezlitośnie – o ile mnie pamięć nie myli to nawet nie mieliśmy specjalnie sytuacji z atakiem cyber-debili, po których trzeba by sprzątać. Za to wolność wypowiedzi spowodowała, że sporo naprawdę ciekawych dyskusji wynikło na parę kontrowersyjnych tematów. Forum w sumie istnieje w lekko zmienionej formie do dnia dzisiejszego, choć nie ma co ukrywać, że w okresie rozkwitu portali społecznościowych jest w stanie agonalnym i bardzie służy jako kopalnia informacji o czasach prehistorycznych niż o tym co się dzieje obecnie. Z drugiej strony trudno mi nie wspominać z sentymentem czasów, kiedy po każdym koncercie mnóstwo osób wrzucało mniej czy bardziej udane impresje poimrezowe, pojawiały się zdjęcia, opinie, zażarte kłótnie, kto zagrał lepiej, a kto co nawywijał po pijaku. Impreza żyła jeszcze w internecie ze 2-3 dni, a teraz to wszystko jakieś takie autystyczne. Jak ktoś wrzuci „No naprawdę warto było, zajebisty koncert” to jest zazwyczaj rekordzistą w długości pokoncertowych opisów.

Początek sajkoforum ;) Istnieje do dziś pod adresem: http://free4web.pl/3/0,39208,default.html
 
Narodziny strony i forum sajko zbiegły się z przygotowaniami do drugiej edycji Saturday Psychobilly Night. Poszło dobrze za pierwszym razem, więc Tomek z Radkiem słusznie uznali, że ma na co czekać i na marzec zaplanowano powtórkę z rozrywki. Wiadomo było, że ze względu na współpracę z organizatorami zagra tam Robotix, a także Stan Zvezda, która też już była po słowie z Cosmikiem, co do wydania płyty długogrającej. Jako jedna z kapel otwierających miał zagrać jeszcze Haberbusch 46, ale nasze kłopoty z ogarnięciem, o których wspomniałem we wcześniejszej pisaninie miały efekt taki, że zrezygnowaliśmy na jakieś 2-3 tygodnie przed koncertem. Namówiłem też Radka, żeby dopisał do listy Werwolf 77 – punkowo-kaberetową kapelę naszych dobrych kumpli, biorąc pod uwagę, że na sajko przychodziło coraz więcej punków i skinów. Radek nie robił problemów, choć przy następnym spotkaniu na wszelki wypadek dopytywał się „kto i zacz” ów Werwolf, bo jak Tomek zobaczył nazwę to się przestraszył, że jakiś nazistów im przemycam do set-listy ;) No i z rodzimego chowu to jeszcze Komety, ale to tak skomplikowana sprawa była, że opiszę to na końcu. Z zagranicy tym razem miały zagrać dwie kapele. Berliński Ripmen oraz Ot Vinta z Ukrainy. Gdzieś tak pod koniec roku 2002 do Warszawy z Niemiec wróciła Ewka – Crazy Seniorita, która przez okres pomieszkiwania w Berlinie wyrobiła sobie mnóstwo kontaktów na scenie sajko i za jej rekomendacją i pośrednictwem był właśnie ściągany Ripmen. Z kolei ze wschodu ja zaproponowałem Bombers z Petersburga, albo Ot Vintę – ze względów formalno-wizowych dużo łatwiej było oczywiście ściągnąć chłopaków z Ukrainy, ale pozostało dogranie spraw finansowych. Telefonował do nich Andriej z biura firmy, przy mnie i Radku – z tego co pamiętam dostali propozycje zagrania za taka samą kasę co Mad Heads, ale było ich pięciu, a nie trzech i trochę się zaczęli krzywić, że to przymało, ale kiedy Andriej na głos zaczął się zastanawiać, że w takim razie będzie jeszcze dzwonił do Bombersów, to szybko przystali na warunki.

No to wróćmy do Komet. Cosmic po pierwszej edycji, na którą dobiło nadspodziewana ilość ludzi miał teraz w dupie czy ta kapela zagra czy nie i nawet nie specjalnie chciał gadać z nimi, co do warunkach na jakich mieliby wystąpić. Na necie pojawiła się już pierwsza rozpiska kapel, bez Komet rzecz jasna, co z kolei znowu doprowadziło do jakiś niezdrowych internetowych przepychanek. Arkus nawet wyjechał z tekstem na forum, że się sprzedaliśmy (znaczy Warsaw Wreckin Krew) za pieniążki Cosmica, na co dostałem lekkiej piany, bo nie dość, że kasy z tego nie miałem żadnej, a wręcz odwrotnie, to jeszcze cały czas przekonywałem Radka i Tomka, że jednak żolibilly powinni zagrać. Takie samo zdanie miała Ewka, która ze względu na kontakt z Ripmenem dołączyła do ekipy organizacyjnej. Koniec końców doszło do „rozmów ostatniej szansy” – Komety na początku lutego grały koncert w knajpie Brama i przy tej okazji siedliśmy sobie w kącie z Lesławem i Arkusem, by wyprostować parę rzeczy. Cosmiki przyjęły argument, że jednak obecność Komet jest istotną sprawą na tego typu imprezie, a Komety odpuściły sobie wykłócanie się o kolejność grania. W sumie całe te porozumienie miedzy grupą, a firmą było sklejone na gumę do żucia i pękło zaraz po koncercie, ale i tak warto było. Nawet porównując koncert Komet w Bramie i Punkcie – temu pierwszemu nic nie brakowało, ale ten drugi to był dopiero wypas. Zespół był wtedy w szczytowej formie, a na Sajko Najcie chyba chciał coś udowodnić, Lesław z Arkusem zagrali na wkurwie, Pleban zrobił swoje ze sporą nawiązką i wyszedł im najlepszy koncert jaki widziałem w ich wykonaniu. W Bramie na imprezę przyszło jakieś 150 osób, co jak na pojedynczą, lokalną kapelę było naprawdę niezłym wynikiem. Przez cały luty 2003 nie piłem alkoholu - tak sobie wymyśliłem, że trzeba trochę przystopować - a akurat na tym koncercie do biletu dawali jeden darmowy browar – wrrr… a za kole musiałem chyba z 6 zł zapłacić. Jak śpiewa wspomniany zespół Werwolf abstynencja nawet krótka może być tragiczna w skutkach” – na koncercie w Bramie paradowałem ze śliwą pod okiem, bo kilka dni wcześniej na Misfitsach wdałem się w awanturę z jakimś metaluchami – tak mi stopień agresji od tego niepicia wzrósł ;)

Samego Psychobilly Night vol. 2 nie chce mi się po dziesięciu latach po raz drugi opisywać skoro zrobiłem to wówczas na świeżo i wystarczy zrobić ctrl+v ze starej strony:

Hmmm…, nie wiem czy recenzji z drugiego warszawskiego sajko-festu nie powinien pisać ktoś, kto z większym umiarem korzysta z wyrobów przemysłu browarniczego. Szczerze mówiąc pewne fragmenty koncertu są dla mnie "białymi plamami", ale postaram się je zapelnić wytworami własnej wyobraźni :)

Impreza miała rozpocząć się około 19, ale gdzie tam. Obsuwka była jak cholera i kiedy na scenie zainstalował się Werwolf 77, "Punkt" był już nieźle wypełniony. Jedna z niewielu rodzimych kapel punk77 zagrała bardzo fajnie i żywiołowo, do czego już nas zdążyła przyzwyczaić wcześniej, a także bardzo równo, co z kolei jak na ich występy było zupełnym novum. Oczywiście największa zabawa była przy chóralnie odśpiewanym przez oiową załogę hicie "Twoje długie włosy kłują mnie w oczy", ale niezgorsze pogo szło też przy "Desce z gwoździem", czy "Chciałem zrobić karierę". Jako drudzy zagrali prekursorzy stołecznego sajko, czyli Stan Zvezda. Od pamiętnego koncertu z Astro-Zombies perfekcyjnie dopracowali swoje nowe brzmienie i z każdą imprezą grają coraz czadowniej, a przecież już grudniowy koncert był fantastyczny. Jacek śpiewał "A moje czarne buty stukają rock'n'rolla rytm", a pod scena faktycznie wiele par butów wyprawiało szaleńcze densy. […] Trzecim zespołem wieczoru były warszawskie Komety, choć chodzą plotki, ze tak naprawdę przyjechali z Meksyku :) Żarty żartami, ale pomysł zaprezentowania sombrerros był trafiony w dyszkę. Widziałem chyba większość koncertów, jakie w swojej historii zagrali żolibillowcy, ale ten moim skromnym zdaniem był zdecydowanie najlepszy. Publiczność była chyba podobnego zdania, bo pod scena zrobił się niezły kocioł, a przy "Should I Stay..." albo "Runaway" zabawa sięgała zenitu. Po Kometach na scenie pojawili się berlińscy sajkowcy z grupy Ripmen i chyba było trochę widać po nich trudy całodziennego melanżu. W dodatku przed koncertem uległ uszkodzeniu ich kontrabas i musieli zagrać na pożyczonym, co nie każdemu muzykowi odpowiada. Niemniej zapodali całkiem przyzwoity punkobillowy set, perkusista wymiatał aż milo, a ich sceniczne image było bardziej niż ciekawe. Mi najbardziej przypadła do gustu przeróbka "Tainted Love" z gościnnym udziałem Kuby z Poker Face. Po godzinie grania miejsce Niemców na scenie zajęli Robotixi i trzeba powiedzieć, ze ich pomysły na granie bardzo się niżej podpisanemu podobają, a i chyba szerokiej rzeszy przybyłych na koncert. Ostra jazda i cały czas ruch na scenie - na takich koncertach trudno się nudzić. Oprócz numerów z debiutanckiej płytki pojawiło się kilka coverów w tym... temat z Muppetow. Była już prawie 3 w nocy kiedy wreszcie przyszła kolej na Ot Vintę. Niestety rewelacyjny koncert ukraińskiego bandu oglądało mniej niż 100 osób, reszta wybiła się do domów, albo leżała zmelanżowana po całym klubie. Chłopaki zachowali się rewelacyjnie i mimo, ze ledwo kilkunastu zombich miało jeszcze siły na zabawę, zagrali na full i nawet autora tych słów zmusili do radosnych podskoków, choć parę chwil wcześniej nawet siedzenie sprawiało mu nie lada problemy. Radosna mieszanina psycho-country-punko-billy, wariackie krzyki kontrabasisty, zapowiadanie każdego numeru ukraińskimi rymowankami, wspaniały koncert. Do tego niesamowite brzmienie. Uff, o 4 rano kiedy umilkły ostatnie dźwięki trzeba było się wreszcie ewakuować do domów. Czas najwyższy bo nawet najbardziej wytrwali ledwo się już snuli. Słowa uznania dla organizatorów, bo tym razem akustyka była o niebo lepsza niż w grudniu.

Może jeszcze parę dygresji okołokoncertowych. Ponownie frekwencja była bardzo wysoko, klub oszacował ją na jakieś 500 osób. Pojawił się nawet jakiś sajkowiec z Berlina, który przyjechał specjalnie na ten koncert. Ot Vinta spała u Andrieja, Ripmen u Wrzoska i Sylwii – z Niemcami zresztą od wczesnego przedpołudnia szwędaliśmy się po Starym Mieście, co zdecydowanie niekorzystnie odbiło się zarówno na ich jak i na naszej formie. Dwóch Ripmenów było ortodoksyjnymi sajkowcami, za to ich perkusista Gordian o wyglądzie prawosławnego ascety był niepijącym wegetarianinem z jazzowych klimatów – ale w sumie swój chłop, na Starówce wtranżalał pierogi z grzybami aż mu się uszy trzęsły. Przypomniała mi się śmieszna anegdotka, którą opowiedział Wrzosek – mianowicie jeden z członków berlińskiej kapeli, pozwolicie, że nie napiszę który, przed koncertem zakupił duże pudełko ptasiego mleczka, które zamierzał zabrać do domu dla swojej niemieckiej dziewczyny. Niestety, życie nie jest takie proste jakby mogło się niektórym wydawać - szampańska zabawa w Punkcie, ilości spożytego polskiego browaru, brak snu i inne okoliczności łagodzące zaskutkowały tym, że ów ripmenowiec był widziany w Punkcie gdy całował się z jedną znaną punkową załogantką. A ptasie mleczko nie dojechało do Berlina, tylko zostało zjedzone następnego dnia na kaca ;) Na tym punktowym koncercie poznaliśmy też dwóch gości z Wrocławia – Kostka i Łukiego, którzy specjalnie tłukli się pociągiem na sajko do Warszawy i w sumie byli prekursorami stylu w swoim mieście. O ile do tej pory psychobilly było głównie stołeczną sprawą to mniej więcej w tym okresie zaczęło się to rozpowszechniać i na inne ośrodki, a Wrocław jako drugie miasto w Polsce dorobił się własnej, małej ale udałej, Wreckin Krew.


Z Mad Headsami + trochę Partii i trochę Lumpex 75 ;) Gdynia 2004

Jeszcze na koniec o jednym koncercie jaki miał miejsce kilka dni przed drugim sajko najtem – ponownie przy okazji trasy po Europie zahaczył o Polskę Mad Heads, ale tym razem zagrał nie w Warszawie, a w gdyńskim klubie Ucho. Jego właściciel Karol, widział ich wcześniej w Punkcie i przy nadarzającej się okazji postanowił ściągnąć ten rewelacyjny band na własne podwórko. Jako suport grała stołeczna Partia, która poza Warszawą najczęściej koncertowała chyba właśnie w Trójmieście. Przez następne kilka lat od czasu do czasu w Uchu były organizowane sajkowe koncerty, przez co Gdynia stała się po Warszawie (z Pułtuskiem) i Wrocławiu trzecim ośrodkiem gdzie można było zobaczyć tego rodzaju granie na żywca – może nie tyle regularnie, ale jednak też nie efemerycznie. Co prawda długo nie przekładało się to na powstanie klimatów –billy, bo jedynym sajko-fanem nad Zatoką był Krawat, nasz stary dobry drużek jeszcze z czasów punkowo-skinowo-oiowych, a potem jeszcze Marlenka, która wszelako szybko przeprowadziła się do Warszawy. Szczęśliwie z wypadu na Mad Heads do Gdyni też pisałem swego czasu recenzje na psychobilly.vip.interia.pl, a więc „zagraj to jeszcze raz Sam”…

Arkus i Krawat, Gdynia 2004
 
Koncerty sajko w naszym pięknym kraju można na palcach jednej ręki policzyć. Niestety... Stad na wieść, że w Gdyni zagra Mad Hades i Partia szybko przeliczyliśmy gotówkę i mimo skrajnie niekorzystnego terminu (poniedziałek) postanowiliśmy zorganizować mini "warsaw psychos on tour". Tym razem ekipę tworzyli Siva, Piter i Trefniś. W Gdańsku odebrali nas znajomi bootbojsi (pozdro dla Kuli i Barda), po czym udaliśmy się na sopocką plażę zaopatrzeni w stosowny asortyment napojów rozrywkowych. W Gdyni byliśmy jakieś półtorej godziny przed imprezą, wiec zgodnie ze staropolskim zwyczajem kontynuowaliśmy zakrapiana biesiadę, by koło 20 podbić pod klub. Sama miejscówka była bardzo pozytywnym zaskoczeniem - rewelacyjne nagłośnienie, telebim nad sceną, ogólnie kulturka, tyle, że ceny piwa jak z centrum stolycy :( Ogólnie w klubie zebrało się około 150 osób, co jak na poniedziałek należy uznać za spory sukces. Pod sceną głównie oi-skini, troszkę pankrokowcow, studentów itp. Sajkobilów z wyjątkiem warszawskiego desantu niezaobserwowano :) Na miejscu spotykamy Arkusa z Partii, który przekazuje nam dość szokującą wiadomość, ze Partia wystąpi w dwuosobowym składzie bez basu, ponieważ Pleban nie mógł przyjechać do Gdyni. No cóż, stanęliśmy pod sceną i czekamy, co z tego chłopakom wyjdzie. Tymczasem po pierwszych kawałkach pozytywne zaskoczenie. Brak basu nie był wcale tak dokuczliwy, a Lesław z Arkusem próbując załatać "dziury" wynikłe z uszczuplenia kadry zagęszczali w sposób niesamowity. Dzięki temu koncert był bardzo "energetyczny", a zestaw hitów przygotowany przez żolibillaków mocno rozgrzał publikę. Druga kapela wieczoru był znany i lubiany w Warszawie Mad Heads. Tym bardziej byliśmy ciekawi jak zostaną przyjęci na swoim pierwszym polskim koncercie poza stolica. Okazało się, ze trójmiejska ekipa potrafi (i lubi) się bawić przy rock'n'rollowych rytmach nie gorzej niż warszawiacy. Wystarczyło, że poleciał "Stinky Town" i pod sceną zrobił się niezły młynek, a przy "I'm Alone" bawiło się już ze 30 osób. Podobnie jak w grudniu w "Punkcie" ekipa z Kijowa zagrała głównie materiał ze swojej ostatniej płyty "Naked Flame", ale parę numerów podanych zostało w nieco innych wersjach. Poleciał też cover Stray Catsów "How Long Do You Wanna Live, Anyway?". Wspaniale wypadł tez "Po Barabanu", w którym Madheadsi w pewnym momencie w trójkę grają na perkusji. Ukraińcy zagrali grubo ponad godzinę (włącznie z bisem), a publika przez cały czas szalała pod sceną. Co tu dużo dodawać, zespół, który właśnie wrócił z trasy po Holandii i Niemczech stwierdził, ze koncert i publika trójmiejska były najlepsze i następnym razem jak przyjadą do Polski oprócz Warszawy koniecznie musza znów zawitać nad Bałtykiem. Ogólnie impreza udana maksymalnie i zero żalu za wydane pieniądze na pkp i zarwaną noc, jedyny niemiły akcent wyjazdu to różnica zdań pomiędzy ekipą wracającą z koncertu a "siłami prawa i porządku" w temacie przechodzenia przez ulice w miejscu nieoznakowanym. Podziękowania dla Vadima za wpisanie na listę i ekipy trójmiejskiej za gościnę (ze szczególnym uwzględnieniem Prof. K. i jego ucznia B. - "no, zabierz tej pani torebkę" :)

Ma ktoś zdjęcia z drugiego sajko najtu? Wrzosek, Siva, Arczi? Podzielcie się z ludźmi ;)

środa, 20 listopada 2013

Sajkostory 26



Dalsze wypady koncertowe w 2002 roku przebiegły wyjątkowo spokojnie. Było ich w sumie całe dwa – oba do Niemiec. Pod koniec maja w znanym już nam Marktredwitz był organizowany drugi Perky Night Festival, którego pierwszą edycję było nam dane obejrzeć we wrześniu 2001 roku. Tym razem ekipa wyjazdowa skromna, bo trzyosobowa: Justyna, Siva i Piter, a trasa po staremu przez Czechy – przez ten Cheb, nieduże w sumie miasto, z pięknym historycznym centrum, to już trzeci raz jechaliśmy. Mieli tam taką knajpę w stylu włoskim, z rewelacyjną lazanią ze szpinakiem i pieczarkami, zanim zdążyli podać zdążyło się zrobić podkład z zimnego Gambrinusa - na samą myśl ślinka leci. A trzeba było się nachapać na zapas, bo mimo, że z Chebu do Marktredwitz pociągiem było ze 30 kilometrów, przeskok cenowy był dramatyczny. Pogranicznik niemiecki w pociągu się przypultał, po co my właściwie do tych Niemiec jedziemy – jak usłyszał, że na festiwal rock’n’rollowy to zaczął gadać po swojemu coś czego nie zrozumiałem, ale jego mina wyraźnie mówiła „tiaaa, akurat, już to widzę, pracować na czaro jedzieta, albo kraść samochody”. Pomarudził, postękał, ze trzy razy policzył kasę jaką mieliśmy przy sobie, ale w końcu nas musiał wpuścić. Łaskawca wielki – teraz jak już granice otwarte to żaden stres z przekraczaniem zachodniej granicy, ale do 2005 straż graniczna lubiła się wykazywać nadgorliwością. Swego czasu jadąc na skafest zwiskali mi cały plecak i zainteresowały ich kasety – miałem trochę ska i oiowych, w niektórych tytułach od czasu do czasu przewijało się słowo skinhead – ale zaczęli podskakiwać z podniecenie jak się do nich dorwali, oglądać ze wszystkich stron, ale też w końcu wpuścili. Zawsze jakby co, to było jeszcze „tajne przejście weekendowe” kilkadziesiąt kilometrów dalej, które odkryłem przypadkowo w latach 90-tych z Magdą i jednym czeskim skinem i jego skinlaską, jak jechaliśmy na festiwal street punkowy we wschodnich Niemczech. Okazało się, że to przejście lokalne otwarte w pewnych godzinach i tylko w dni powszednie na jakiejś polnej dróżce – np. w sobotę było zamknięte, ale polegało to na tym, że nikogo nie było w budce, a szlaban był opuszczony. A jak już tam dotarliśmy to przecież nie zamierzaliśmy szukać nowego przejścia skoro to niby zamknięte - przeleźliśmy pod niepilnowanym szlabanem przekraczając granicę bez żadnej kontroli i wróciliśmy dokładnie tak samo dzień później ;)
Jak już pisałem wcześniej Marktredwitz nie było metropolią porażającą swym ogromem, a de facto to całe centrum dało się przejść w ciągu kilkuminutowego spaceru – ponieważ nie było tam za bardzo nic do roboty w efekcie w parku, w którym znajdował się klub i jego okolicach zaczęła się międzynarodowa impreza pod gołym niebem. Szczerze mówiąc to łażąc po tej dziurze więcej się widziało sajkowców niż tubylczych mieszkańców. 

 (fot. psychodordt.5u.com)

W przeciwieństwie do bardziej popularnych festiwali Perky Night był czysto sajkowy, nie grała tam ani jedna kapela stricte rokabilly, za to była tam mocna reprezentacja grup, które umownie można nazwać punkobillowymi czy punk’n’rollowymi jak Hellbats, Cenobites, G-String, czy Dicemen... Szczerze mówiąc to nie jestem specjalnym fanem takiego grania i zwykle po obejrzeniu dwóch czy trzech kawałków owych kapel uciekałem na dwór. Również Bad Reputation choć znacznie bliżsi klasycznemu psychobilly, przez swoją prymitywność kojarzyli się z punk rockiem, ale nadrabiali to scenicznym szoł. Natomiast występ Nekromantix to była zupełnie inna bajka – duńska grupa wtedy jeszcze nie budziła tak wielu sprzecznych emocji jak obecnie, ale już wówczas całkiem liczne grona fanów sajko, szczególnie tych związanych z kółkami wyznawców religii zwanej The Meteors, odsądzało Nekromantix od wszelkiej sajkowej czci i wiary jako tych, co wyprowadzili styl na jakieś punkowe manowce nie mające nic wspólnego z oryginalnym brzmieniem. Takie tam pierdzielenie – zawsze muzyka ewoluuje w sposób, który purystom stylu nie przypadnie do gustu. Owszem ich kombinacje muzyczne daleko odeszły od tego co grano w latach 80-tych, ale fundamenty jednak pozostawały te same. A broniło ich przede wszystkim to, że swoją wersję punko-metalo-billy robili w naprawdę interesujący sposób, a na scenie wyciskali z niej 110% możliwości. Ja sam mam sporo zastrzeżeń do wielu studyjnych produkcji Nekromantix, ale to co wtedy zobaczyłem na żywo to była miazga – mimo, że grali na prędkości i z ciężkim brzmieniem, słychać to było bardzo dobrze, nie robiła się ściana dźwięku jak w przypadku takich Cenobites, a do tego widać było, że wkładają w to całe serce. Inna sprawa, że byłem mocno zdziwiony, bo koncert robił bardziej Peter Sandorff niż Kim Nekroman. Jak wiele dawali bracia Sandorff grupie, bo drugi z nich grał na perce, pokazały dopiero produkcje Nekromantix powstałe po ich odejściu, które, nie owijając w bawełnę, nie są najwyższych lotów. Pierwszego dnia z „wielkich nazw” grało też Quakes – obecnie uważam ich za jedną z kilku najlepszych koncertowo grup na całej światowej scenie psychobilly, ale wtedy jakoś nie robili jeszcze wrażenia skutkującego opadnięciem kopary w dół, a aranżacji było daleko do obecnej perfekcji, co nie znaczy, że grali słabo, czy przeciętnie. 

Stare Nekromantix (fot.www.allmusic.com)

Po pierwszym dniu koncertu, który zakończył się koło 2 czy 3 w nocy rozpadał się ulewny deszcz, a nam nie przyszło do głowy rozbić wcześniej namiotu – już nie wspominając, że byłem w takim stanie piwno-melanżowym, że przy rozstawianiu namiotu bardziej przeszkadzałem niż pomagałem. Dobrze, że nie było jeszcze youtuba, bo jakby ktoś skręcił z tego filmik, to zrobiłby on niemałą furorę ;)
Drugiego dnia przed koncertem spotkaliśmy sajko-parę z Ukrainy, choć tylko koleś mieszkał w kraju, a laska w Niemczech. Pogadaliśmy trochę o naszych lokalnych scenach, u nas 2002 rok był takim w sumie przełomowym z coraz większą ilością koncertów, rosnącym zainteresowaniem sceną, aktywnymi kapelami, jakiś tam powód do pochwalenia się zawsze był. Nie pamiętam imienia tego kijowianina, spotkałem go kilka lat potem na Ukrabilly Bang, ale narzekał, że u nich się prawie nic nie dzieje – poza Mad Heads, które często gra na imprezach zupełnie od czapy. Niesamowite jak to wszystko ruszyło u nich z kopyta w ciągu kilku najbliższych lat, i jaką mają obecnie scenę, a jaka z kolei u nas zrobiła się bryndza w tym temacie w pewnym momencie.
Jeśli chodzi o koncerty to drugi dzień był znacznie słabszy od pierwszego. W miarę przyzwoicie wypadł jeden z pierwszy koncertów włoskiego Evil Devil, mimo, że ich umiejętności techniczne pozostawiały wówczas sporo do życzenia, szczególnie jeśli chodzi o wokalistę – za to przynajmniej śmieszny imidż sobie dobrał – kaftan bezpieczeństwa, wysmarowany czerwona farbą. Nic specjalnego nie pokazały ani Bozehound, ani Dicemen, a Death Valley Surfers nigdy nie byli za dobrą grupą jeśli chodzi o stronę muzyczną, bardziej funkcjonowali na zasadzie sajko rock’n’rollowego kabaretu – ale, że był to trzeci raz w przeciągu dwóch lat to trochę mnie ich humoreska przestała śmieszyć. W efekcie najlepiej moim skromnym zdaniem tego dnia wypadli Coffin Nails, którzy nie ujmując im scenicznej żywiołowości i radochy z grania, zawsze byli 2 ligą psychobilly. A Mad Sin, który miał być gwiazdą wieczoru na koniec? Ciężko ocenić, bo podobnie jak w Schweinfurcie, zanim na dobre się rozegrali, wyłączono im prąd. Tym razem sprawcą nie był sfochowany P. Paul Fenech, ale lokalna Polizei, która w dużej liczbie, łącznie z opancerzonym wozem pojawiła się pod klubem z wyraźnym żądaniem zakończenia imprezy, która była zakontraktowana do danej godziny, i właśnie godzina ta minęła. Kofte ponownie dostał szału, zaczął krzyczeć „Riot! Riot!”, podburzać ludzi do zaatakowania gliniarzy, ale więcej osób chyba mu strzelała w tym momencie fotki niż faktycznie chciała się przyłączyć do zamieszek, więc trochę poskakał i się uspokoił.

Death Valley Surfers, Marktredwitz 2002 (fot. psychodordt.5u.com)

Drugi wyjazd w składzie Siva, Piter, Wrzosek za pomocą busa dalekobieżnego do Bobbiego z Oberhausen, skąd zostały przedsięwzięte dwie wyprawy koncertowe. Pierwsza do Karlsruhe na punkowe Deadline i Adicts, druga na 9. Satanic Stomp w Gutersloh. Wielka szkoda, że z forum Partii zostały w pewnym momencie wykasowane wszystkie posty, bo Wrzosek i ja powrzucaliśmy tam sporo impresji w formie pisanej z obu imprez, a akurat z tego wyjazdu jakoś wyjątkowo mało pamiętam. W sumie to jechaliśmy głównie z myślą o tym feście w Gutersloh, a Adicts zaliczyliśmy trochę przy okazji i na dokładkę, ale to właśnie koncert angielskiej kapeli zrobił nam najbardziej dobrze – to co rąbnęli na scenie to ogień z dupy, nozdrzy i uszu. Bawiliśmy się tak dobrze, że następnego dnia na Satanicu byliśmy lekko padnięci – w sumie nastawiałem się głównie na Frantic Flintstones, których wcześniej nigdy nie widziałem i od tej strony naprawdę się nie zawiodłem. Pamiętam określenie Wrzoska „na scenie ruch jak w fabryce kredek”, które idealnie oddawało klimat tego gigu, a i kawałki na set-listę były dobrane naprawdę fajne. Mad Sin to ja w tym okresie widziałem już tyle razy, że powoli mi się przelewało, Frenzy zagrało jak zwykle przeciętnie, a Rockabilly Mafia należała do całkiem licznego grona kapel rockabilly, których nigdy nie byłem w stanie strawić i ich kultowa pozycja na niemieckiej scenie pozostanie dla mnie po wsze czasy tajemnicą, której nie będę w stanie zgłębić.

The Adicts (fot. punxnotdead.pl)

Rok podsumowany został niecodzienną imprezą - różne Pervy Nighty czy Satanic Stompy to jedno, ale my żyliśmy w Polsce, kraju ojca Kordeckiego, ojca Skargi i ojca Rydzyka - więc padł pomysł, żeby zrobić sobie w okresie okołoświątecznym sajkową wigilię Nie pamiętam już czy pomysł wyszedł ode mnie, jako byłego ministranta, czy od Wrzoska, jako znanego fanatycznego kato-taliba, czy był dziełem zbiorowym – w każdym bądź razie w grudniu 2002 doszło do kameralnego spotkanka w gronie Warsaw Wreckin Krew & Przyjaciele w pubie Trend na Muranowie – przyszło z kilkanaście osób, nawet Lesław wpadł na chwilę, bo mieszkał w pobliskim bloku. Jako, że stanowiliśmy większość klienteli szybko zaczęliśmy wysuwać roszczenia odnośnie puszczanej muzyki, wpychając w ręce barmanki niemały stosik płyt. Sama idea okazała się trafiona  w dziesiątkę, przez kilka następnych lat co roku robiliśmy sajko-wigilię, początkowo znowu w Trendzie, potem w Pink Flamingos, 66 Cafe, Wieżycy, czy w tej knajpie w Landzie, której nazwy nie pamiętam. Największa frekwencja była w 2003 roku, czyli w szczytowym okresie popularności psychobilly w Warszawie, kiedy przyszło na takie spotkanie jakieś kilkadziesiąt osób. Potem stopniowo to przycichło, aby w końcu zamienić się w totalnie prywatne popijawki starych znajomych dwa razy do roku - w okolicach Bożego Narodzenia i Wielkanocy, trwające do czasów nam współczesnych.

Ni cholery zdjęć z tych wydarzeń nie mam :/ Może komuś się zachowały i byłby skłonny się podzielić?