czwartek, 18 lipca 2013

Sajkostory 22



Kiedy w połowie lat 90-tych XX wieku internet zaczął kiełkować nad Wisłą jego oferta w zasadzie ograniczała się do prostych stron tworzonych w html-u oraz czatów dyskusyjnych. W ciągu kilku lat przeszedł on jednak gwałtowny rozwój zarówno od strony technologicznej jak i gromadzonych w nim treści. Na przełomie wieków niesamowicie zwiększyła się też jego dostępność dzięki temu, że w ofercie operatorów telewizji kablowych pojawiła się możliwość podłączenia domowego kompa do stałego łącza, a w 2002 weszła usługa Neostrada dla posiadaczy łącza telefonicznego. W latach 90-tych taka przyjemność kosztowała miesięcznie równowartość mojej ówczesnej pensji, więc jak się korzystało z sieci to przez modem tepsy, co też tanie nie było, a szybkość przeglądania stron przypominała wyścig żółwia ze ślimakiem.

W roku 2001 doszło też do małe rewolucji, jeśli chodzi o formy komunikacji za pomocą internetu – zaczęły powstawać regularne fora dyskusyjne, będące znacznie wygodniejszą formą wymiany poglądów niż listy mailingowe czy usenetowe grupy. Hmmm, co prawda dla przeogromnej rzeszy osobników wymiana poglądów oznaczała obrzucanie się chujami, cwelami i kurwami we wszelkich możliwych odmianach – do tego się mnie więcej sprowadzało jedno z pierwszych forów punkowo-skinowych – Oinet, którego założyciel nie uznawał wcale moderowania, przez co tematy muzyczno-koncertowe z trudem przebijały się przez codzienny ściek i szlam pozostawiany przez netowych wojowników. 

Wczesne forum Oinetu - tytuły postów bezcenne :)))) (KMWTW)

Przeciwieństwem było forum zespołu Partia, które teoretycznie było poświęcone jak sama nazwa wskazuje Partii (i Kometom), ale szybko stało się też nieoficjalnym miejscem dysputowania dla osób zainteresowanych muzyką psychobilly, rockabilly i gatunkami pokrewnymi, przy czym gro tych osób to było warszawskie wrecking krew. W przeciwieństwie do forum Oinetu było one uważnie moderowane przez Arkusa, co z pewnością było wielce pozytywne, jeśli chodzi o wyeliminowanie sieciowych bluzgaczy. Gorzej, że z takim samym zapałem były wycinane posty, w których ktokolwiek się ośmielił poddać krytyce cokolwiek związanego z grupami Partia i Komety. I nie ważne czy było to chamskie jechanie po kapelach i ich muzykach, czy jakaś uzasadniona i wyważona opinia niekoniecznie korzystna dla wyżej wymienionych grup. Zdecydowanie najkorzystniej pod tym względem prezentowało się trzecie forum powstałe w tym okresie – skinheads.civ.pl – prowadzone przez Bosego i Paulinę z Gdańska, bo z jednej strony przynajmniej starano się tam eliminować internetowych troli, z marnym skutkiem, ale zawsze jakiś przesiew był, a z drugiej nie stosowano specjalnie cenzury. Do roku 2003 tematyka psychobilly dyskutowana w języku polskim na internecie sprowadzała się w zasadzie do tych trzech forów dyskusyjnych – Oinetu, Partii i skinheads.civ.pl. Korzystanie z ich gościnności miało swoje dobre i złe strony. Jeśli chodzi o te fora punkowo-skinowskie to tematy związane z psychobilly były jakąś niewielka poboczną odnogą ogólnych dyskusji, z drugiej strony dzięki nim zawsze trochę osób zwróciło w ogóle uwagę, że istnieje coś takiego jak sajko, a może nawet zainteresowało się muzyką i otoczką. Forum Partii miało nieco inna specyfikę ze względu na swoja kameralność – bardzo szybko sajkowa ekipa zaczęła stanowić większość jego użytkowników. Poza tym grupa zapuszczała się przecież na tereny psychobilly i rockabilly, więc osobie, która lubiła Partię i Komety łatwiej było zainteresować się Meteorsami czy Batmobilem, niż tym, które pisywały np. na Oinet. Na koniec wątku jeszcze mała dygresja – przed erą internetu wszystkich znajomych znało się z ksyw czy imion z ich realnego życia, ale na forach dyskusyjnych z tych czy innych przyczyn wiele osób nie podpisywało się tak jak byli nazywani przez kumpli, ale wymyślało sobie na użytek sieci oddzielne pseudo. Ciekawa sprawa, że do wielu ludzi te nicki internetowe przylgnęły na dobre stając się ich ksywkami i w pozawirtualnym świecie ;)

Dyskusja na skinheads.civ.pl. w temacie koncertu w CDQ ;)

Do interentu przyjdzie jeszcze w tym rozdziale wrócić, ale to za chwil parę. Na razie przeskoczymy do płyt CD. Bez obaw, wiem, że mam skłonności do gadulstwa, ale nie będzie teraz krótkiej historii o tym, kto i jak wynalazł ten nośnik danych, a jedynie opis sajko-zakupów. Gdzieś na przełomie lat 1999/2000 zaczęliśmy, początkowo z Winem, potem jeszcze z Wrzoskiem kupować płyty z, a właściwie przez, niemiecką wytwórnię Crazy Love – przez, bo oni mieli wtedy najlepszą na świecie dystrybucję psychobilly, a sami w sobie też właśnie co stali się przodującą wytwórnią specjalizującą się w tego rodzaju muzie. W dobie przed wynalezieniem płatności internetowych, trzeba było najpierw wysłać do właściciela wytwórni, Guido, maila z zapytaniem czy ma stuff, który nas interesuje – on odpisywał i podawał ceny + dorzucał jakąś zniżkę. Teraz trzeba było wysłać mu kasę, albo czekiem bankowym, albo banknoty w starannie zaklejonej kopercie – ta druga opcja była tańsza, ale bardzie ryzykowna. Co prawda nasz warszawski Niemiec Bobby znał osobiście Guido i zapewniał, że jest to osoba o kryształowej uczciwości, ale tego samego nie dało się powiedzieć o poczcie polskiej, a Wino który był jej pracownikiem twierdził, że mają do przesyłek międzynarodowych takie skanery, że nawet mocno zakitraną kasę są w stanie wywąchać w kopertach. Przypadek sprawił, że udało mi się odnaleźć listę z kapelami, jakie zamawiałem za pierwszym razem w Crazy Love – Sharks, Coffin Nails, Rochee & The Sarnos, Godless Wicked Creeps i Mad Sin – aż się łezka kręci. Wino zamawiał podobną ilość płyt, a potem bach – wzajemna przegrywka, ja piratowałem te co kupił Wino, a on ode mnie – jakoś w tym czasie przegrywarki CD miały już przystępne ceny, tak samo jak CD-erki. Jak pisałem w pewnym momencie do kupowania płyt doszlusował też Wrzosek, więc teraz w trójkę zamawialiśmy więcej. Nie pamiętam już kto z nas wpadł na pomysł, by zarzucić temat o zamawianiu płyt na forum Partii – spotkał się on ze sporym odzewem, jakieś siedem czy osiem osób zainteresowało się przyłączeniem do zakupów – w tym celu zorganizowaliśmy małe spotkanko na Kruczej, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Warszawska ekipa sajkowa liczyła wtedy, nie wiem, z 10 osób, które się dobrze znały, często od lat, ale przecież były też jakieś pojedyncze osoby słuchające psychobilly, ale bez całej otoczki związanej z subkulturą. Ten zakupowy meeting był świetną okazją do poznania tych osób i małej integracji przy piwku. Sporo z nich blisko się potem z nami zakumplowało – Lampa, Szwagier, Trefny, Cruz Azul…


Stary banner Crazy Love - http://www.crazyloverecords.de/

Towar z Crazy Love szedł szerokim strumieniem, a wraz ze wzrostem popularności sajko pomiędzy Odrą a Bugiem wydawało się, że popłynie prawdziwą rzeką, do czego nigdy nie doszło po części na wskutek upowszechnienia się technologii peer-to-peer, czyli wymiany plików przez internet bezpośrednio przez użytkowników sieci. Nagle dostępność muzyki w sieci zaczęła rosnąć w skali logarytmicznej, a dokładnie w takiej samej skali spadać liczba sprzedawanych płyt. Powiedzmy sobie szczerze, płyty kupowane z zachodnich dystrybucji tanie nie były. Do tego często brało się CD w ciemno – zabecelowałem na przykład za produkcje skądinąd bardzo dobrej kapeli Frantic Flintstones pod tytułem Skin Up, Chill Out, Just Busking Through, która była tak skandalicznie słaba, że nie mogłem uwierzyć własnym uszom – jakieś harcerskie plumkania do ogniska maja więcej pałera – równie dobrze mógłbym podrzeć te 15 euro wydane na Skin Up. Były też płyty wydawane bardzo niechlujnie, z jakąś jednokartkową wkładką projektowaną przez kompletnego estetycznego lebiegę, czy niestarannie tłoczone – tak, że nie zawsze stereo chciało odtwarzać. W dodatku część płyt, szczególnie tych starszych, z lat 80-tych, nie było dostępnych w żadnej dystrybucji, a tu nagle się pojawiła możliwość ściągania ich za darmo z internetu – co tu dużo mówić pokusa była silna. Audiogalaxy, WinMX, Soulseek, Emule. Szkopuł w tym, że w tamtym okresie muzykę się ściągało, ale też jednak i coś tam kupowało. Nie będę się wdawał teraz w pro- czy anty-pirackie dywagacje – fakt faktem, że dostępność do niszowej muzyki stała się teraz powszechna przez nielegalne udostępnianie w sieci i odwrócenie tego trendu to zadanie, któremu nawet moce Sarumana by nie podołały.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Sajkostory 21



16 września 2001 roku w klubie CDQ odbyła się impreza pod szyldem Psychotic Night, bijąca pod względem ilości grup wszystkie poprzednie wydarzenia tego typu jakie miały miejsce w Warszawie. Nie dość, że zagrały aż trzy, a niech tam będzie, ze Skarpetą to nawet cztery kapele z klimatu, to po raz pierwszy część z nich przyjechała zza zachodniej granicy. Motorem i głównym organizatorem całego przedsięwzięcia była Justyna, a wielce pomocna okazała się w tej materii jej zażyła znajomość z Russem z Death Valley Surfers. Russ był starym londyńskim załogantem jeszcze z pionierskich lat psychobilly, przez jakiś czas grał w Highliners na perce, sporo udzielał się na sajkowej liście mailingowej, a bezpośrednio poznaliśmy go na tych wywczasach w Calelli. Bardzo sympatyczny i rozrywkowy gość ze srebrną jedynką w uzębieniu ;) Justyna z Russem w pewnym momencie stali się taką nieformalną parą, a po jakimś czasie już najzupełniej formalną, bo nasza sajko-girl wyprowadziła się do Londka i wzięła z liderem Death Valley ślub. Dokładnie nie pamiętam kiedy to było, chyba w 2002, ale głowy nie dam. Był to więc ostatni koncert robiony przez Justynę skoro wkrótce miała opuścić Warszawę. Parę lat później po rozstaniu z Russem, przeprowadziła się do Berlina, gdzie związała się ze Steinem z Mad Sina – od lat nie mam z nią żadnego kontaktu, więc może tyle w temacie.

W zamierzeniu na koncercie miała zagrać też Partia, ale odmówili Justynie z powodu kolidowania terminu z ich koncertem. To znaczy oni grali w stolicy jakoś kilka dni przed tą imprezą i Lesław przyznał, że z ich punktu widzenia to bez sensu występować w CDQ, bo kto wtedy przyjdzie na ten wcześniejszy koncert. Może nie do końca podobała mi się ta postawa, natomiast ceniłem sobie, że postawili sprawę jasno i zachowali się szczerze. My ciągnęliśmy swój sajkowy wózek, oni swój partyjno-kometowy – zwykle było nam po drodze, ale jak się przytrafiła tak historia, że jednak nie, to póki co nikt jeszcze z tego problemu nie robił. Dopiero w następnym roku dobre relacje z zespołem miały się zacząć psuć w tempie nieświeżego jajeczka. 

Ostatecznie line-up przedstawiał się następująco: Skarpeta, Stan Zvezda, Death Valley Surfers i Astro-Zombies. Skarpeta grała wtedy już zupełnie znośne dla ucha, choć nigdy tak naprawdę nie udało im się wskoczyć na jakiś naprawdę przyzwoity level – dopiero późniejszy projekt Arcziego i Plebana – Robotix miał naprawdę zdrowe kopnięcie. Stan Zvezda z kolei… zaraz, zaraz, jaka Stan Zvezda? Skąd? Kiedy? Przecież mamy rok 2001, a nie 1987. Jak się jest w środku jakiegoś wydarzenia czasami trudno ogarnąć jak ono jest postrzegane na zewnątrz, ale wygląda na to, że te kilka lat aktywności paru, a następnie kilkunastu osób związanych z warszawskim psychobilly, a także robota Lesława i spółki, były bardziej zauważalne niż nam się wydawało. W tym okresie Komety nagrały też studyjną wersję starego kawałka Stan Zvezdy Król filperów, a w zasadzie jego bardzo luźną interpretację. Sam kawałek puszczany w Radiostacji przypomniał ludziom o pionierach polskiego sajko. Z punkt widzenia Zvezdy można się zapoznać czytając wywiad jaki udzielili Wyborczej przed swoim reaktywacyjnym koncertem w CDQ. To też był jakiś znak czasu, że wysokonakładowa prasa zaczęła zwracać uwagę na zjawisko znane pod nazwą psychobilly. Na początku występu wydawali się lekko stremowani, ale Jacek szybko wziął szoł na siebie i rozruszał publikę oraz resztę zespołu. Zagrali wyłącznie stare numery z lat 80-tych i pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie.

Stan Zvezda (fot. Siva, http://www.psychobilly.pl)

 Być i umrzeć jak James Dean

CO JEST GRANE nr 37 dodatek do CO JEST GRANE nr 215, 
wydanie z dnia 14/09/2001, str. 14

Stan Zvezda w Centralnym Domu Qultury



Legenda punk rocka i psychobilly Stan Zvezda po 12 latach hibernacji powróci na scenę na niedzielnej (16 września) Psychotic Night w Centralnym Domu Qultury.


Będzie towarzyszyć angielskiej psychobillowej Death Valley Surfers, francuskiej rockabillowej The Astro Zombies oraz grającej psychoska Skarpecie z Pułtuska. Rozmawiamy z wokalistą Stan Zvezdy Jackiem i jej perkusistą Korkoszem.



Alex Kłoś: Chłopaki, a więc nie dość Wam jeszcze rock'n'rolla?

Jacek: Nie dość.

Korkosz: Rock'n'roll to część mojego życia, której nigdy nie będzie mi dosyć.

Jesteś w zespole od początku, przypomnij, jak to się zaczęło?

Korkosz: Pod koniec pierwszej połowy lat 80. w liceum założyliśmy z wokalistą Robertem "Sajmonem" Sokołowskim, basistą Markiem "Postępem" Kuleszą i gitarzystą Wojtkiem "Frankiem" Frączakiem kapelę. Zaczęliśmy grać próby, po roku zaczęły się koncerty i okazało się, że jest fajnie.

Jaka była hardcore'owa Stan Zvezda?

Jacek: To byli bezkompromisowi, olewający karierę punkowcy. Taki był przede wszystkim "Franek". Nie chciał, żeby udzielali wywiadów, był przeciwny temu, by ich utwory puszczano w radiu. Wystąpili za to w Jarocinie w 1985 r.

Jak było?

Korkosz: Przyjechała wtedy z Warszawy bardzo mocna załoga. Na naszym koncercie doszło do poważnej zadymy. Nie wiem, czy ludzi nakręciła tak nasza muzyka, czy było takie ciśnienie. Generalnie poszło o to, że kamerzyści, którzy pracowali nad filmem, zaczęli wchodzić na scenę i kręcić z bliska to, co się tam dzieje, i przy okazji publiczność pod sceną. Ludziom to się nie spodobało, zaczęli krzyczeć, że nie są małpami w zoo i by ich nie filmować. Doszło do tego, że jeden z kamerzystów dostał w trąbę. Organizatorzy wyłączyli przody [stojące po obu stronach sceny głośniki - red.] i praktycznie nic nie było słychać. My jednak graliśmy dalej na wzmacniaczach na scenie. Przez to wszystko nasz koncert został zapamiętany.

Dlaczego zmieniliście styl z hard core'u na psychobilly?

Korkosz: To nie była zmiana stylu. To był nadal punk rock. Punk opiera się na dwóch, trzech akordach i nie ma nic wspólnego z bluesem, od którego pochodzi w prostej linii rock'n'roll. Połączenie tych dwóch opcji daje ciekawy efekt. Powiększają się możliwości wyrazu.

A kto rzucił pomysł na granie psychobilly?

Korkosz: Z kapeli wyleciał "Sajmon".

Jacek: Zabrali mnie na koncert do Gdańska. W ciągu dwóch dni musiałem nauczyć się tekstów, które i tak zaśpiewałem w końcu z kartki. W składzie nie było już "Postępa", zamiast którego na basie grał "Banan" [Krzysztof "Banan" Banasik, muzyk Kultu i Armii - red.]. Stwierdziliśmy, że trzeba coś zmienić, i wykombinowaliśmy, że będziemy grać punkowego rock'n'rolla. Wkrótce odszedł "Banan" i pojawił się kolejny basista - Mariusz "Zyziek" Zych. Przed nim basistami byli też przez chwilę Kuba Panow i Wojtek Szewko.

Kiedy zaczęliście grać nową muzykę, zmieniły się image i filozofia kapeli.

Jacek: Przyjeżdżali z zagranicy ludzie, którzy przywozili płyty z psychobilly. W Tonpressie wychodziły rock'n'rollowe płyty, np. składanka "Psycho Attack Over Europe", a w kinach puszczali rock'n'rollowe filmy, takie jak "Dzika namiętność" czy "Blue Velvet". Generalnie zaczęły pojawiać się takie klimaciki, a my robiliśmy polską odmianę tego wszystkiego, nie wzorując się, ale idąc własną drogą.

Czasami zapożyczając jednak to i owo...

Jacek: Z The Cramps i Long Tall Texans...

Korkosz: ...to było jednak nie do końca świadome!

Jacek: Graliśmy też "Glorie" Vana Morrisona. Trochę było takich korzeni.

Pojawiła się też nieliczna, ale bardzo konkretna załoga psycho.

Jacek: Głównie Szymon Jaworski, Kuba Panow i Rafał Ciszewski [dwaj ostatni są dziś muzykami hard- core'owego Poker Face - red.]. Chłopaki mieli baki, buty na słoninie albo ultra ciężkie glany, wąskie dżinsy zachlapane bielinką, masę znaczków, włosy w czub i chodzili w czarno-białych bejsbolówkach. Naprawdę dobrze razem wyglądaliśmy. Niestety, później podchwycili te klimaty skinheadzi.

To było coś nowego, ale jednocześnie odpowiadającego ogólnym trendom w kulturze. Załoga psycho była - można powiedzieć - elitarna, ale zrobiła się np. moda na noszenie baków, czyli tzw. pksów, nosiło je całkiem sporo osób.

Podobne zespoły pojawiły się w Trójmieście.

Jacek: To było jak odbijanie piłeczki pingpongowej. Tam grało Los Piranios del Balticos, a przede wszystkim Marilyn Monroe. To była też rock'n'rollowa kapela, choć grająca lżej niż my. Poza tym oczywiście kręciła nas Apteka.

Wasz psychobillowy materiał zaczął się krystalizować ok. 1986 r., Kto był jego głównym autorem?

Jacek: Przede wszystkim "Franek". Miał w domu komputer, na którym robił praktycznie całe kawałki. Potem przynosił je do mnie po to, bym wybrał te, które mi się podobają, i dośpiewał wokal. Tak powstały pierwsze utwory. Potem było już normalnie: ktoś przynosił jakiś pomysł, który razem rozwijaliśmy, np. bas do "Git Boys" wymyślił Kuba Panow.

"Franek" był jednak zawsze muzycznym mózgiem. Teraz mieszka w Kanadzie, gdzie napisał pracę doktorską z informatyki. Magisterską zrobił w Paryżu. Tam też założył kapelę, która grała kawałki Stan Zvezdy, oczywiście po francusku. Jest nadal rock'n'rollowcem, w swoim instytucie postawił perkusję.

Jak powstawały Wasze rock'n'rollowo-uliczno-komiksowe teksty?

Jacek: W zasadzie to mój brat Przemek pokazał mi, jak można pisać fajne teksty, poetyckie i rock'n'rollowe. Napisał np. teksty do "Walcz" i "Git Boys". Wkład w pisanie tekstów miał też Kuba Panow.

Wasz koncert w Jarocinie w 1987 r. był głośnym wydarzeniem.

Jacek: Co prawda publiczność była punkowa, ale odbiór był bardzo dobry. Byliśmy jedną z siedmiu wyróżnionych kapel. Dostaliśmy też nagrodę "Magazynu Muzycznego".

Korkosz: Doceniła nas zarówno publiczność, jak i krytycy. Im spodobał się głównie Jacek jako wokalista.

Niebawem "Zyziek" odszedł do The Klaszcz, pojawił się za to z powrotem Banan.

Jacek: Doszedł też drugi gitarzysta - "Sagan". Franek coraz częściej wyjeżdżał na Zachód i trzeba było znaleźć kogoś, kto byłby pewny. Graliśmy sporo koncertów. Zespół się rozwijał.

Dlaczego nie nagraliście materiału? Zostało po Was tylko kilka utworów nagranych na żywo w pustej sali w Remoncie i zapis koncertu w Jarocinie.

Jacek: To była głównie koncertowa kapela. Nie zależało nam szczególnie na tym, by nagrywać płyty.

Korkosz: Nie zależało nam do tego stopnia, że nie sprowokowaliśmy takiej sytuacji. Nie było nikogo, kto by się tym poważnie zajął. Mieliśmy zresztą już nagrywać płytę, ale w wytwórni, która miała ją wydać, zabrakło masy do tłoczenia płyt.

Mieliście bardzo dobry program, świetnie graliście i byliście popularni. Dlaczego przestaliście działać?

Korkosz: Nie interesowała nas komercyjna działalność. Wydawanie kolejnych płyt i granie iluś tam koncertów miesięcznie.

Jacek: Propozycję wydania płyty dostaliśmy o rok za późno. Niestety, okazało się, że nie możemy utrzymać się z muzyki. W sumie czas się w moim życiu zrobił zdecydowanie nie rock'n'rollowy. Musiałem iść do pracy. Stwierdziliśmy, że lepiej odpuścić i wrócić za jakiś czas, niż się tak szarpać. Wyjechałem do Holandii, gdzie zarabiałem, np. grając w metrze na gitarze.

Wracacie na scenę po dwunastu latach. Jak do tego doszło?

Jacek: Spotkaliśmy się przypadkiem z "Korkoszem" na ulicy i zaczęliśmy gadać o tym, że warto by reaktywować zespół. Czasy znów są rock'n'rollowe.

To znaczy?

Jacek: Można wszędzie kupić piwo. Są kluby, w których można grać, można jakoś istnieć na undergroundowym rynku.

Ciężko było zacząć na nowo grać?

Korkosz: Jakoś ta maszyna ruszyła, może nie od razu, ale jednak zdecydowanie do przodu. Mieliśmy problemy z basistą. Było ich wielu, ale w końcu został nim Grzesiek "Stanisław" Staszko, który miał grać pierwotnie na gitarze. Teraz na gitarze gra Robert "Dziurka" Dziura. Kiedyś razem grali w hardrockowym zespole Parter Mozg.

Co zaproponujecie publiczności?

Jacek: Stare klimaty plus dwa nowe numery.

Korkosz: Stare numery gramy przez sentyment, okazało się, że są ponadczasowe. Robimy jednak nowe rzeczy, które - mówiąc szczerze - bardzo mi odpowiadają.

Jacek: Ale jest ich za mało, by można mówić o stylu, jaki teraz obierzemy. Nie jest to jednak psychobilly.

Podczas Waszego niebytu o Stanie Zvezda przypomniała Partia, nagrywając Waszego "Króla fliperów".

Jacek: Jesteśmy im bardzo wdzięczni. Mogłem rano włączyć Radiostację i słuchać swojego utworu. To też było bodźcem do tego, by zacząć z powrotem grać. Okazało się, że są ludzie, którzy czekają na naszą muzykę.

Jak ci się podoba Partia?

Jacek: Bardzo. Nawet kiedy nie grali naszego utworu, czułem jakiś związek z tą grupą. Od pewnego czasu na basie gra w Partii Wojtek Szewko. I oni, i my gramy też utwory o Jamesie Deanie. Z co prawda troszkę innym tekstem. Partia śpiewa: "Chcę umrzeć jak James Dean", a Stan Zvezda: "Chce być jak James Dean", ale to drobiazg.


Psychotic Night - niedziela, 16 września, Centralny Dom Qultury, ul. Burakowska 12, godz. 19, bilety 20 zł

ALEX KŁOŚ

Jako trzeci na scenę wskoczyli Death Valley Surfers, czyli kapela Russa, który grał w niej na gitarze, jak również pełnił obowiązki wokalisty. Drugą gitarzystką była Kathy, czterdziestoletnia babka o figurze nastolatki – przez co mogła sobie pozwolić na performance w wyjątkowo krótkiej i obcisłej miniówce ;) Po odejściu z DVS założyła własną formację Kathy-X, która w przyszłości miała parę razy występować w Polsce, a nawet zrealizować i wydać w naszym kraju płytę długogrającą. Death Valley mieli w zestawie oprócz dwóch gitar, basu i perki także saksofon, a ich granie dalekie było od klasycznej wersji psychobilly, bardziej przypominając rock’n’rollowo-sajkowy kabaret jaki uprawiali King Kurt i Highliners. King Kurt byli pierwszymi wielki rywalami The Meteors jeśli chodzi o względy fanów sajko, choć doprawdy nie podejmę się rozstrzygać nie kończące się dysputy – azaliż było to true psychobilly, czy nie było? W każdym bądź razie, w kierunku takiego grania podążyło znacznie mniej zespołów, niż za pomysłami P. Paul Fenecha, co też o czymś świadczy. Niemniej na koncertowe dansy sprawdzało się to znakomicie, nawet biorąc pod uwagę, że DVS był co najwyżej taką ubogą wersją Kurtsów – za to braki w oryginalności nadrabiali entuzjazmem i scenicznym szołem.

Death Valley Surfers w roku 2000 (fot. http://www.deathvalleysurfers.co.uk)

Gwiazda wieczoru była francuska kapela Astro-Zombies, wtedy jeszcze w oryginalnym składzie, która w tym czasie grała muzę mocno inspirowaną dokonaniami Meteors (dla odmiany od DVS). Swoją pierwszą płytę nagrywali zresztą w studio Fenecha In Heaven, a ten z kolei zajmował się jej miksowaniem. Współpraca szła też w drugą stronę bo gitarzysta Bobby i perkusista Gaybeul wspierali w tym czasie P. Paula na scenie w jego solowym projekcie, a nawet brali udział w nagrywaniu Screaming In The 10th Key. Mimo, że muzyczne podobieństwa do Meteors  były oczywistą oczywistością, o tyle na żywca Astro-Zombies wyrzucali z siebie kawał energii, co publiczność szybko doceniła zamieniając kilkanaście metrów kwadratowych pod sceną w godzinny wrecking-pogo-pit, z małą skankującą przerwą na Berthę Lou. Szczególny aplauz wzbudzały też slapujące solówki Blondo na kontrabasie. O ile mnie pamięć nie zawodzi to frekwencja była zadowalająca - jakiś powalających tłumów nie zanotowano, ale te 150 osób przyszło, z czego kilkanaście można było z czystym sumieniem zakwalifikować do subkultury psychobilly. Nawet jeden ze starych załogantów z lat 80-tych wytargał z jakiegoś zapomnianego kufra starą koszulkę Guana Batz ;) Aczkolwiek czy dotrwał on do Astro-Zombies to mam poważne wątpliwości, bo już na koncercie Death Valley Surfers pokładał się pod sceną przy okazji próbując złapać za nogą gitarzystkę Kathy. 

Astro-Zombies, pierwszy skład

Jeśli ktoś dysponuje fotkami z koncertu w CDQ byłbym bardzo wdzięczny za udostępnienie ;)

poniedziałek, 8 lipca 2013

Sajkostory 20



W maju 2001 roku ukazała się trzecia i jak się okazało ostatnia studyjna płyta grupy Partia. Ponieważ niniejsza pisanina nie wyraża opinii ogółu, ale jest oceną na wskroś subiektywną, więc powiem bez ogródek – jest to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobili Lesław & Co. Żoliborz-Mokotów jest od początku do końca płytą udaną, bez słabych punktów, spójną, z doskonałym brzmieniem i chwytliwymi tekstami. Ze wszystkich produkcji Partii to właśnie tu klimat z pogranicza nowoczesnego rockabilly i sajko tu jest zdecydowanie najmocniej odczuwalny. 

Partia - Żoliborz-Mokotów, 2001, Ars Mundi
 
Oba instrumentale Rocket Ride i Skillshot to szybkie psychobilly. Disco 707, Hiszpański Elvis, Światła Miasta oraz tytułowy Żoliborz-Mokotów to bardzo udane, energetyczne kompozycje łączące w sobie takie nowoczesne rockabilly na amerykańska modłę z melodyjnym punkiem – sposób na granie, które zrobiło się w pewnym momencie popularne za Oceanem, a następnie w Europie, dzięki kapeli Reverend Horton Heat, ale w Polsce to Partia pierwsza zaczęła kombinować w tym kierunku i na trzeciej płycie zrealizowała to w sposób prawie że perfekcyjny. 

Partia -Rocker Ride

Partia -Hiszpański Elvis

Z kolei w stylistce ska-punku z rockabillowymi motywami utrzymany był największy przebój z płyty - 30 dni i 30 nocy, który doczekał się bytności na Liście Przebojów Trójki. Niby wysoko nie dotarł, bo najwyżej do 31 miejsca, ale utrzymywał się na owej liście aż przez 24 tygodnie. Osobiście nie przepadam za ska-punkiem. Jego prekursorzy - Operation Ivy (na bazie którego powstał Rancid) grali go w naprawdę porywający sposób – ich naśladowcy już niekoniecznie, ale oddajmy tu Partii co należne – poradzili sobie na ska-punkowym poletku znakomicie, wzbogacając go o swoje specyficzne gitarowe riffy. 

 Partia -Skinhead Girl

W podobnym stylu utrzymany jest ultra-przebojowy Skinhead Girl, gdzie ska jest połączone z brzmieniem street punkowym. Jedyny spokojniejszy numer z płyty to Oskar Hell – ale też nie brakuje mu energii i klimatu, Ponoć ten numer nawiązywał tekstowo do relacji Lesława z jedną z naszych koleżanek z Warsaw Wreckin Krew – ale czy to prawda? ;) Tak na marginesie - na tym nieszczęsnym Tribute To Partia jaki wyszedł parę lat później Happysad zrobił z tego numeru wyjątkowo rzadką kupę. Całą produkcję zamyka cover Rickiego Nelsona String Along zagrany w sposób w jaki mógłby to zrobić The Clash gdyby w 1977 przyszło im do głowy brać ten numer na warsztat, czyli bardzo dobrze. Po czym po 22 minutach płyta się kończy... Recenzent Onetu napisał, że „powodem nagrania tak krótkiego materiału nie był na pewno brak pomysłów” i muszę powiedzieć, że zazdroszczę mu jego pewności siebie, bo mam podejrzenia, że było dokładnie na odwrót. Kapela płytę zaczęła nagrywać już latem poprzedniego roku, jeszcze z Waldkiem na basie, ale wyglądało na to, że powołanie Komet miało swój skutek uboczny w tym, że Lesław trochę się wyprztykał na ten rok z pomysłów i nie bardzo było z czego nową długogrająca pozycje ulepić. Poratowano się wyciągając z repertuaru Komet Hiszpańskiego Elvisa, bardzo dobry numer, który do dwóch pierwszych płyt Partii pasowałby średnio, ale tu sprawdził się znakomicie. Z kolei instrumentalny Skillshot był wyraźną zżynką z numeru Interceptor nagranego przez Mad Sin w 1998 roku. Nie ma nic w tym złego, że jak się słucha określonej muzyki to później we własnych kompozycjach gdzieś to wychodzi, a czasami zapożycza się wręcz całe pomysły jak w wyżej wymienionym przypadku – zwykła sprawa. Partia przerobiła tego Mad Sina w całkiem udany sposób, nie byłoby po co drążyć tematu. Problem w tym, że jakiś czas później w wywiadach grupa szydziła z innych kapel z klimatu sajko/rockabilly zarzucając im wtórność i kopiowanie, tymczasem sama nie była wolna od tego rodzaju przypadłości. 

Partia -Skillshot

Mad Sin -Interceptor

W każdym bądź razie jest póki co rok 2001 i na mikro-scenie billy panuje jeszcze miłość, przyjaźń, muzyka. Skarpeta coraz wyraźniej dryfowała w kierunku rock’n’rollowych klimatów – ciągnęli ja w tamtym kierunku perkusista Arczi oraz basista Pleban. Grupie w tym okresie pomagał sporo Lesław, który miał też spory udział w tym by pułtuska formacja nagrała coś na składankę Tribute To Kryzys. Pamiętam, że na jakąś domówkę w Legionowie Arczi przyniósł nagrania tych coverów – bo zdaje się zrobili dwa - Telewizję i Małe Psy - i to już było zdecydowanie kombinowanie w kierunku sajko w klasycznym wydaniu, a nie ska. Ostatecznie na kryzysowy tribut trafili z tym drugim numerem, a w zasadzie na drugą część składanki wydanej w 2006 roku, czyli ładny kawałek po rozpadzie kapeli. Grali też w tym czasie sporo koncertów z Partią jako ich support, a dobre relacje wzajemne obu kapel miały swój skutek w ożywieniu Komet, które po odejściu Waldiego pozostawały w hibernacji. Pleban okazał się samorodnym talentem i szybko opanował grę na kontrabasie zasilając szeregi drugiego projektu Lesława i Arkusa. Komety zdaje się wystąpiły w tym składzie już pod koniec 2001 roku w Pułtusku, choć na dobre rozkręcili się dopiero rok później.

De Tazsos póki co znaleźli stałego perkusistę, którym okazał się ich kumpel z zawodówki, Pomek. Do tego czasu zdążyli też zmontować pierwsze kawałki, w tym Ludzie koty, który wyszedł parę lat później na „garażowej” składance. Pełny skład nie pofunkcjonował jednak zbyt długo, bo Jolski trafił w kamasze i praktycznie do lata 2002 roku zespół znalazł się w zwieszeniu.

De Tazsos

Piątym projektem związanym ze sceną psychobilly miał być w założeniu zreformowany w nowym składzie Haberbusch. Jezek i Trojan słuchali już wtedy sporo muzyki z tej półki, a zasilił nas Mięso, który potrafił całkiem nieźle wycinać na basie. Zupełnie jednak nie potrafiliśmy sobie poradzić z wypracowaniem nowej, bardziej sajkowej formuły grania. W zamierzeniu na mnie miało spaść ogarnięcie nowego brzmienia, ale okazało się, że ani nie starczyło mi umiejętności, ani wyobraźni. W rezultacie męczyliśmy się tak w zawieszeniu pomiędzy starym street punkowym graniem, a kombinowaniem w nowym kierunku. Mięso miał trochę fajnych pomysłów muzycznych, ale zupełnie nie w klimacie – w rezultacie próby zaczęły się robić męczące, a kapela dreptała w miejscu. W końcu do współpracy zaprosiliśmy na drugą gitarę Andrieja, ale okazało się pod tym względem jeszcze większym antytalentem niż ja ;) Dużo ciekawsze od walki Andrieja z gitarą była historia jak trafił nad Wisłę. Ów fan psychobilly był rodowitym Rosjaninem zza Uralu, urodzonym w mieście pod granicą z Kazachstanem, który po rozpadzie ZSRR jak wielu jego rodaków ruszył za pracą na zachód. Kierunkiem docelowym miały być bodajże Niemcy, ale podczas podróży przez Polskę głód zagnał Andrieja do sklepu mięsnego, gdzie nabył kiełbasę i podczas jej pałaszowania ze zgrozą przypomniał sobie, że zostawił w owym sklepie na ladzie portfel. Oczywiście portfel czekać na niego tam nie zamierzał, a Andriej bez grosza przy duszy załapał się na jakąś budowę i już w naszym kraju pozostał. W Warszawie poznał przyszłą żonę w sposób równie frapujący – z jego opowieści wyglądało to tak, że popijał w jakimś klubie samotnie za kontuarem i przysiadł się do niego dziwny typ, który okazał się zwolennikiem związków tej samej płci. Andriej popatrzył na niego z pobłażaniem i powiedział – Słuchaj, ale ja jestem Rosjaninem. Na co gość pokiwał głową i powiedział – No tak, to z tobą mi na pewno nie wyjdzie, ale wiesz co? Poznam cię z moja dobrą koleżanką. ;) Koniec końców Andriej pojawił się tylko na kilku próbach i na scenie muzycznej odnalazł się dopiero jakiś czas później w roli wokalisty Pavulon Twist.

Andriej

Pierwszy koncert z nowym Haberbuschem mieliśmy zagrać w Remoncie jako support Partii i Skarpety w marcu 2001, ale próby wychodziły tak, że nie było sensu robić sobie obciachu. De facto to na żywca zagraliśmy w tym 2001 tylko raz w taki dość przypadkowy sposób. W połowie października mieliśmy próbę na Mokotowie, jak co środą, a akurat tego dnia w Zamku Ujazdowskim grała Partia, więc po graniu poszliśmy z gitarami obejrzeć chłopaków w akcji. Impreza była kameralna, dobra zabawa, sporo znajomych, więc jak Partia skończyła grać zaczęły padać pomysły, żebyśmy sieknęli mini-seta. Problem w tym, że przyszliśmy bez perkusisty, któremu się nie chciało iść na imprezę. Zapytaliśmy się Arkusa czy by nie zagrał z nami paru numerów – uśmiechnął się tylko i od razu usiadł za bębnami. Nigdy wcześniej nie graliśmy razem, ale dla niego to nie był żaden problem, żeby złapać rytm i trzymać go równo i z pałerem – co by nie mówić był z niego kawał grajka. Nie mniej Haberbusch wlazł w ślepą uliczkę i zabrakło żeby któryś z nas powiedział „panowie, to nie ma sensu”. Zamiast tego Mięso przestał przychodzić na próby, a my w końcu znaleźliśmy na jego miejsce starego punkowego kumpla - Kowala, tyle, że zrobiliśmy to zanim oznajmiliśmy o zmianie staremu basiście. Trochę niesmak pozostał, w jaki sposób zostało to rozegrane, ale Mięso na szczęście jakoś strasznie obrażony chyba nie był. Z Kowalem zagraliśmy jeden koncert, ale też do końca nie mogliśmy z nim złapać wspólnego języka, jeśli chodzi o granie. Tym razem mądrzejsi o wcześniejsze doświadczenia zabraliśmy Kowala na piwo, na spokojnie wyjaśniliśmy sobie, że to nie funkcjonuje, podaliśmy sobie ręce i rozeszliśmy się bez kwasów. A na bas zwerbowany został Patreze z De Tazsos, ale to już był rok 2003.

czwartek, 4 lipca 2013

Sajkostory 19



Nie ma czegoś takiego jak pożegnalny koncert. To jedna wielka lipa, ściema i blaga. Nie to, żebym nie wierzył w szczerość intencji kapel, które zapowiadają, że włażą na scenę po raz ostatni – na dany moment oni/one naprawdę mogą tak myśleć, mieć dość siebie nawzajem, czuć się wypaleni. Ale posiedzą w domach jakiś czas i znowu ciągnie do grania. Pewnie, że czasami ktoś się wykopyrtnie na amen i nie ma co już reaktywować, albo kapela złożona na nowo po latach jest karykaturą samej siebie, niemniej zazwyczaj można się spodziewać, że kapela po pożegnalnym koncercie prędzej czy później znowu trafi na afisz. Także tak. W roku 2000, który kończył drugie tysiąclecie, za stosowne by pożegnać się z graniem przed publicznością uznały dwie kapela dla psychobilly niebagatelne – Meteors i Batmobile. To tak jakby całemu gatunkowi wyrwać z paszczy górną jedynkę i dolną dwójkę.

Batmobile zaplanował nawet cały pożegnalny tour, głównie po Niemczech, w ramach, którego zahaczali o Berlin, a konkretnie klub Razzle Dazzle – położony niedaleko dworca Warschauer Strasse (na którym widnieje swojski herb z syrenką). Tym razem wyjątkowo zabraliśmy się nie PKP, ale samochodem, bo na wyjazd skusił się Arkus z Partii, który dysponował takowym środkiem lokomocji, a miejsca pasażerów zajęli Lesław, Wino i Piter. Można powiedzieć, że w tym czasie, kiedy autostrada do Berlina istniała tylko w formie szczątkowego odcinka gdzieś pod Koninem, taki rodzaj podróży miał w sobie coś ze sportu ekstremalnego. Koleiny jak na trasie narciarskiej, tir za tirem, zasady drogowe jak w Stambule – trafił się nawet jeden dekiel, co na trzeciego wyprzedzał. Ponieważ w tym czasie obowiązywały jeszcze granice, zielone karty i inne takie – zostawiliśmy furę na parkingu w Słubicach i dalej pociągiem do stolicy Niemiec.

Wino, Snopka, Arkus, Piter, Lesław, Berlin 2000

W międzyczasie powiększyła polska kolonia fanów sajko w Berlinie, a w zasadzie fanek, bo do Ewki, która mieszkała tam mniej więcej od przełomu 1999/2000, dołączyła nasza dobra kumpela Monika vel Snopka. To znaczy nie dołączyła tyle do Ewki, co do swojego faceta, Berniego, którego poznała w Calleli rok wcześniej. Berni był bywalcem sajkowych koncertów jeszcze w latach 80-tych i okazał się w dechę typem, a młoda para zaczęła udostępniać swoje progi naszej wesołej podróżniczej sajko komandzie - jednym słowem skończyło się komarowanie po dworcach i parkach ;)

Razzle Dazzle był klubem średniej wielkości, tymczasem na koncert dobiło z kilkaset osób, więc w środku był niemożebny ścisk – od ściany do ściany wszystko było upchane chętnymi zobaczyć po raz ostatni legendarną holenderską kapelę. Mieliśmy próbkę ich możliwości z wiosennego koncertu, ale teraz to dopiero Haamersi dali do pieca – kontrabasista Eric był ubrany w ludowe wdzianko, które kojarzyło się z klimatami tyrolskimi – krótkie gacie na szelkach, biała koszulina, kapelusik. Tak samo odziany wylazł perkusista. Natomiast lider grupy, Jeroen, hmmm, też strój ludowy, ale w wersji żeńskiej, piękna haftowana kiecka i biała koszula ;) Przejechali się po całym zestawie swoich hitów, na scenie robiąc taki szoł, że kapcie by spadły – na szczęście nie miałem kapci tylko ośmiodziurkowe marteny. To były jeszcze czasy, kiedy byliśmy w stanie przewreckingować pod sceną prawie cały set, bez potrzeby podłączania pod aparat tlenowy. Mógłbym jeszcze wspomnieć, że jako support zagrali Notorious Deafmen, ale zupełnie nie pamiętam ich występu z tego dnia.

Batmobile, Berlin 2000

Powrót następnego dnia minął w miarę szybko. Dotarliśmy koło 20 do Warszawy i prosto z plecakami uderzyliśmy z Winem do knajpy Maria na Racławickiej obejrzeć trwający właśnie mecz Polska-Białoruś. W sumie poza tematem, ale szkoda nie poświęcić parę słów – bo jest to niezłe kuriozum. To była taka podrzędna speluna na Górnym Mokotowie, która przez parę ładnych lat z hakiem stanowiła miejsce spotkań ekipy skinowsko-punkowo-sajkowej, a także środowiska hip-hopowego oraz miejscowych złodziejaszków. Swego czasu jak koleżanka z pracy powiedziała mi, że mieszka przy Racławickiej, ucieszyłem się i powiedziałem, że chodzę tam na piwo i wymieniłem nazwę kufloteki – ta zrobiła oczy jak spodki i zapytała  - Coooooo!???? Do tej mordowni? W każdym bądź razie fluidy były dobre – ciężko by było wymienić wszystkie kapele, w których grali potem bywalcy pubu, a ci hip-hopowcy, którzy siedzieli przy drugim stoliku, i mieliśmy w sumie z nimi blat, grali później w Moleście ;)

Mad Sin, 4th Satanic Stomp, 2000 (fot. http://userpage.fu-berlin.de/~wildcat)

Drugi pożegnalny koncert miał być jeszcze z grubszej rury – ni stąd ni zowąd rozbrat z graniem zapowiedzieli Meteorsi, jakby nie było południk zerowy muzyki psychobilly. Na sajkowej liście mailingowej rozszalały się plotki, że niby Fenech ma kłopoty z kręgosłupem, że nie jest w stanie dłużej ustać na scenie – co by nie było – skoro nie dało się zobaczyć pierwszego koncertu legendarnej kapeli, trzeba było jechać zobaczyć ostatni. Na miejsce wyznaczono miasteczko Gutersloh, a cała impreza odbyła się pod szyldem 4th Satanic Stomp w formie mini festu. Tym razem nocowaliśmy u Bobbiego, który przez jakiś czas mieszkał w Warszawie, ale wtedy wyprowadził się już z Aśką z powrotem do Oberhausen. Pre-party na kwadracie jak można się było spodziewać zakończyło się popijawą w iście ułańskim stylu, potem dzień przy piwku, tak, że na koncert to już lekko zmłóceni dojechaliśmy. Nie wiem czy nie pamiętam występu Astro-Zombies, czy po prostu się na niego spóźniliśmy, ale Pitmen ewidentnie już został obejrzany. Jako trzeci grali Pyromanix mający na warsztacie coś w rodzaju neo-swingu – jak dla mnie nuda – po kilku kawałkach dyla na tyły – w sumie spotkaliśmy trochę ludzi, których już kojarzyliśmy z różnych sajkowych imprez, a nawet Jogurta z St. Petersburga, który prawie ze łzami w oczach mówił, że to już koniec psychobilly skoro Meteors zaprzestają koncertowego grania. Przedostatni rąbnęli seta Mad Sini – w sumie chyba najlepiej tego wieczoru, aż wreszcie czas na clou wieczoru. Ponad dwa tysiące sajkowców z całego świata pod sceną, choć jak poszedłem się wysikać to i całkiem spore grono łoiło przy barze mając w dupie historyczne wydarzenie ;) Drugi raz widziałem na żywca Meteors i drugi raz wyszedłem z uczuciem lekkiego niedosytu – niby nic nie było spierdzielone, ale pałeru w tym też jakiegoś specjalnego nie było – odegrali seta w sposób profesjonalny i sayonara.

Meteors, 4th Satanic Stomp, 2000 (fot. http://userpage.fu-berlin.de/~wildcat)

Mógłbym teraz zarządzić mini konkurs, rozdysponować jedną z płyt zapakowanych w pudła z napisem psychobilly i zapytać się, która z tych dwóch kapel, Batmobile czy Meteors, pierwsza wróciła do grania na żywo – ale sama myśl, że musiałbym w związku z tym pójść na pocztę – przyprawia mnie o dreszcze. Wszakże już dwa lata później obie kapele, które „pożegnały” się w 2000 roku ze sceną, koncertowały jak gdyby nigdy nic po sajkowych imprezach.

Zdaję sobie sprawę, że to do tej pory najkrótszy wpis – ale poprzedni by najdłuższy – nic w przyrodzie nie ginie ;)

środa, 3 lipca 2013

Dyskografia psychobilly – 1982 cz. 1

1982

Tall Boys – Island Of Lost Souls 7" [Big Beat, NS 79]
A Island Of Lost Souls (Written-By – N. Lewis)
B Another Half Hour Till Sunrise (Written-By – N. Lewis)


Nazwa Tall Boys kojarzy się fanom klasycznego psychobilly zazwyczaj z garażowym projektem Nigela Lewisa z połowy lat 80-tych. Doszukać się w owym projekcie nawet śladowych ilości sajko nie jest prostą sprawą, skąd więc singiel Tall Boys w tym zestawie? Jest to wyjątkowa pozycja będąca pokłosiem sesji nagraniowej The Meteors, podczas której powstawała demówka dla wytwórni I.D. Był to ostatni raz kiedy Fenech i Lewis wspólnie coś nagrywali w studio, choć juz bez Robertsona, który skonfliktowany z Fenechiem, opuścił kapelę, by grać w topowym (wówczas) postpunkowym produkcie Theater Of Hate (choć ostatecznie zagrał z tą kapela tylko jeden koncert). Na jego miejsce trafił Woody Taylor, stały bywalec na koncertach grupy, i to jego bębnienie jest uwiecznione na sesji. Niedługo potem Lewis opuścił The Meteors wskutek różnicy zdań na temat, w którą stronę powinna ewoluować grupa. Już pod nowym szyldem postanowił wydać dwie swoje kompozycje ze wspomnianej sesji. Co ciekawe w tytułowym numerze, Island Of Lost Souls (ulubiony film Lewisa), nie tylko partie kontrabasu, ale też i gitary są nagrywane przez Lewisa. Ale kawałek ze strony B, Another Half Hour Till Sunrise, to de facto stare, dobre Meteors z Fenechiem na gitarze.

Meteors - Mutant Rock 7" [WXYZ, ABCD 5]
A Mutant Rock (Written-By – P. Paul Fenech)       
B Hills Have Eyes (Written-By – P. Paul Fenech)



Spory sukces komercyjny, bo singiel przez 28 tygodni utrzymywał się na brytyjskich Indie Charts, docierając najwyżej do miejsca czwartego. Fenech podobnie jak Lewis wziął dwa kawałki z demowej sesji dla I.D. by uwiecznić je na singlu, z tym, że linia basu została nagrany na nowo przez Micka White’a, 19-letniego fana The Meteors, który został zwerbowany do zespołu po odejściu Lewisa. Nie był to jedyna nowa twarz w zespole, bo jako uzupełniającego wokalistę zaproszono do współpracy Russela Jonesa, kolejnego gościa z ekipy crazies jak czasami zwano najbardziej fanatyczną publikę Meteorsów. Oba kawałki wyznaczyły nowy kierunek, w którym miała ruszyć teraz grupa, pod jednoosobowym już kierownictwem – P. Paula Fenecha. Mutant Rock to ultra energetyczny numer, stuprocentowe sajko w starym stylu, pojawiający się na większości The Bestów i koncertówek kapeli. Hills Have Eyes jest znacznie wolniejszym kawałkiem z nieco bluesowym zacięciem, ale też traktowany jako nieśmiertelny klasyk do dziś grany przez Fenecha na koncertach.

VA - Punky Party 7" Flexi-disc [Flexipop, Flexipop 25]
A1 Anti-Nowhere League - World War III
A2 The Defects - Dance (Until You Drop)

A3 The Meteors - Mutant Rock (Written-By – P. Paul Fenech)


Kawałek Mutant Rock został w tym samym roku wytłoczony na flexi-dysku, jako epka Punk Party [Fexipop, Flexipp 25] dodawana do 25 numeru zina Flexipop – oprócz niego na epce zamieszczono po jednej kompozycji punkowych ekip Anti-Nowhere League i Defects.

Meteors - Johnny Remember Me 7" [I.D., EYE 1]
A   Johnny Remember Me (Written-By – Geoff Goddard) (Org. John Leyton, 1961)
B1 Wreckin' Crew (Written-By – P. Paul Fenech)
B2 Fear Of The Dark (Written-By – M. White)


Kolejny singiel grupy, który zagości na Indie Charts, tym razem przez 14 tygodni, docierając aż do drugiego miejsca. Sprzedaż była na tyle dobra, że jest to jedyny singiel Meteors, jaki trafił na brytyjską listę mainstreamową – 2 tygodnie, najwyższe miejsce 66. Po wydaniu Mutant Rock w The Meteors doszło do kolejnej roszady w składzie, Woody postanowił opuścić zespół i dołączyć do nowego, bardziej garażowego projektu Lewisa pod nazwą The Escalators. Zastąpił go Steve „Ginger” Meadham z sajkowo/rockabillowej londyńskiej grupy Ricochets. Na tytułowy kawałek nowego singla wybrano piosenkę Johna Leytona pod tytułem Johnny Remember Me, która w 1961 dotarła na 1 miejsce najlepiej sprzedających się brytyjskich singli. W wersji The Meteors żeńską partię wokalną refrenie wykonuje Helen Knight. Na stronie B znalazły się dwa numery: poświęconym fanom kapeli Wreckin' Crew, od którego nazwę wzięła druga płyta długogrająca grupy oraz Fear Of The Dark zaśpiewany przez Russela Jonesa, a skomponowany przez basistę Micka White’a – na początku lat 80-tych takie przypadki jeszcze miały miejsce, bo w późniejszym okresie P. Paul Fenech całkowicie zmonopolizował komponowanie i główny wokal w zespole. 

wtorek, 2 lipca 2013

Sajkostory 18



Prawdopodobnie 9 na 10 statystycznych Polaków poproszonych o odpowiedź, czy chętnie spędziłoby swój urlop w Moskwie i Petersburgu popukałoby się energicznie w czoło i spytało, co za debile w ogóle mają takie pomysły. Tak więc ten odcinek będzie o dwóch takich właśnie debilach, Piterze i Winie, którzy w lipcu 2000 roku zamiast ruszyć wydeptaną przez Kowalskich ścieżką wiodącą nad Bałtyk, Mazury czy Majorkę, wsiedli na Centralnej w wagon kupiejny z biletami na, bagatela, 42-godzinną podróż do Petersburga. Zaczęło się od tej sajkowej listy mailingowej, na której się udzielałem od ponad 2 lat, a były na niej aktywne też dwie czy trzy osoby z Rosji. Od Vadima z Mad Headsów mieliśmy sporo informacji na temat Petersburga jako stolicy rosyjskiego psychobilly, w tamtejszych klimatach miast przezywano nawet Psychoburgiem, bo muza ta była tam bardzo popularna i dobrze przyjmowana. Stamtąd pochodziła pierwsza rosyjska kapela sajko Meantraitors, organizowano tam też sporo imprez w klimatach, nawet udało im się koncert Meteorsów zrobić. Skontaktowałem się przez sajko listę z Evgenijem vel Jogurtem, który mieszkał w dawnej stolicy Rosji i obiecał on nam pomoc przy ogarnięciu się na miejscu.

Paradoksalnie dostać się wtedy do Rosji było znacznie łatwiej niż teraz, co nie znaczy, że łatwo. Putinowskie porządki dopiero wchodziły w życie i Polacy nie potrzebowali jeszcze płatnych wiz na wschód – fakt, że ot tak sobie wjechać nie było można, albo dawaj zaproszenie od miejscowego, co było mocno skomplikowane, albo kupuj drogi voucher turystyczny, albo… No właśnie, była taka luka, która nazywała się pieczątka AB, która nie kosztowała nic – mianowicie osoby udające się na wyjazd służbowy do Rosji mogłyby dostać pozwolenie wjazdu na ową pieczątkę. Obaj załatwiliśmy sobie w robocie lewe zaświadczenia, że jedziemy służbowo, niczym kaowiec na statek, a w konsulacie oczywiście nikomu nie przyszło do głowy, żeby to weryfikować. Po tej autokarowej podróży do Katalonii byłem w lekkiej panice jak zniesiemy 42 godziny w podróży, ale to był lajcik. Wagon kupiejny, cztery rozkładane łóżka, wyspałem się wtedy jak suseł, bo za bardzo nie było co w drodze robić. W sumie nawet jakoś się nie dłużyło, dawno nie byłem na wschodzie, więc nie wiem czy ten zwyczaj dalej tam funkcjonuje, ale wtedy jak pociąg stawał na większej stacji, czyli mniej więcej co trzy godziny, to miał z pół godziny postoju. Na peronie od razu zaczynał się trucht babuszek w kierunku wagonów – kobieciny wyciągały z koszyków wszelaki asortyment: domowe pierogi, własnoręcznie upieczone ciasta, suszone ryby, wódkę, piwa, wszelkie zakąski, łącznie z kiszonymi ogórkami – przez cały pobyt w Rosji najlepsze żarcie właśnie u tych babek zakupiłem. Czy muszę dodawać, że co postój to kolejne piwka były dokupywane? Ceny za jadło i wypitkę były tak śmieszne, że nawet mi nie przyszło do głowy by się targować, szczególnie na Białorusi, przez którą przejeżdżał nasz transport. W jakimś większym mieście, chyba Połocku, postój miał trwać ponad godzinę, więc postanowiłem trochę rozruszać szkity i obejrzeć okolice dworca. Przed głównym wyjściem na placu stała kolejka do nikąd złożona z mężczyzn zaopatrzonych w wiaderka, słoiki, czy plastikowe butelki. Zaintrygowany stanąłem z głupia frant i zacząłem się gapić na owo zjawisko. Po paru minutach podjechała cysterna, kolejka zafalowała, z szoferki wylazł nieśpiesznie gość, podłączył jakiś szlauch i zaczął lać do tych wszystkich wiaderek, słoików, garnków… piwo. Ha, trzeba też było ze swoim naczyniem przyjść ;) Ponieważ jednak takowego nie posiadałem zakupiłem białoruskie piwo w jakiejś budzie, a przy następnej mój wzrok przykuła sporej wielkości suszona ryba, która wydała mi się trafioną zagryzką do browaru. Ponieważ jednak w owej budzie nie zauważyłem sprzedającej, a już powoli chciałem wracać do wagonu, zajrzałem ze zniecierpliwieniem przez okienko do budy. W środku jakaś kobiecina sikała prosto do wiadra i ochota na suszoną rybę momentalnie mi przeszła.

Na dworcu wyszedł po nas Jogurt i odholował do hostelu. O ile ceny komunikacji i alkoholu, a częściowo i żarcia, były w Petersburgu wręcz nieprzyzwoicie tanie, o tyle z noclegami była kicha, bo cudzoziemcy musieli po przyjeździe do Rosji dostać tzw. registrację wystawioną przez hotel – w rezultacie hotele dla miejscowych były tanie, ale takie które mogły ową registrację wystawić to już kosztowały kupę kasy. Najtańszy był hostel nad samą Newą, który sobie liczył 12 czy 15 dolarów za noc w kilkuosobowym pokoju. Trochę po portfelach to uderzało, jedyne co dobre, że przez cały tydzień nikogo nam do pokoju nie dokwaterowali. W dodatku w recepcji powiedzieli nam, że jako Polacy registracji nie potrzebujemy, co się okazało finalnie nieprawdą, ale do tego dojdziemy.

Wino i Lenin pod dworcem finlandzkim w Petersburgu, na który wywiad niemiecki dostarczył go ze Szwajcarii w kwietniu 1917 roku w celu wywołania w Rosji przewrotu (Lenina oczywiście, nie Wina ;))

Jogurt po odstawieniu nas na kwaterę musiał lecieć do pracy, ustawiliśmy się na wieczór, a my tymczasem zamieniliśmy się w turystów. Petersburg okazał się wyjątkowo ładnym miastem, a jego historyczne centrum nie zostało praktycznie wcale zeszpecone przez architektoniczne socrealistyczne koszmarki. Oczywiście jak się w podwórko wlazło to syf wyłaził, ale z ulic poprzecinanych licznymi kanałami w amsterdamskim stylu to się nie rzucało w oczy. Zwiedzanie zaczęliśmy od zakupienia w sklepie piwa – wybór padła na markę Baltica, odkapslowaliśmy kluczami, gul gul i ulga, bo okazało się, że w Rosji piwo robią zupełnie niezłe, a po ubiegłorocznych złych doświadczeniach katalońskich jakieś tam obawy były, a białoruskie po drodze były w sumie nędzne. Następnie na Aurorę, gdzie jeden z marynarzy próbował nam opchnąć swoją czapkę, ale co my z nią do diabła niby mieliśmy potem zrobić? Potem przez większą część dnia włóczyliśmy się po Newskim Prospekcie i okolicach, docierając finalnie do Pałacu Zimowego. W 1917 Aurora wystrzeliła ślepy nabój dając sygnał do ataku na ów Pałac i rozpoczęcia bolszewickiego przewrotu, który zakończył kilkumiesięczny okres demokracji w Rosji, a dał narodziny totalitarnemu systemowi, który z kolei przemielił dziesiątki milionów ludzkich istnień. W roku 2000 zbolszewizowani marynarze na szczęście nie biegali już po ulicach, za to pod pałacem łaził facet z niedźwiedziem na łańcuchu, który w zamierzeniu miał być atrakcją turystyczną, a sprawiał jedynie koszmarnie smutne wrażenie umęczonego zwierzaka.

 Piter i Wino na Aurorze, gdzie rozpoczęło się nieszczęście zwane komunizmem

Wieczorem byliśmy umówieni z Jogurtem pod klubem Money Honey, gdzie grała jakaś lokalna kapela rockabillowa. Myśleliśmy, że mamy farta, że akurat nam się koncert trafił, ale gdzie. Okazało się, że tam kapela rockabilly grają codziennie, a jakby tego było mało na piętrze jest druga sala, gdzie też były codziennie imprezy, na których mogły grać kapele punkowe, ska, jazzowe, czy bluesowe. Wychodziło na to, że tam przez dwa tygodnie więcej się działo niż wówczas w Warszawie przez pół roku. Fakt faktem, że ta kapela rockabilly to nic odkrywczego nie pokazywała, głównie standardy odklepywali, grać potrafili, ale jakiegoś poweru większego to nie miało. Na sali było może ze 100 osób, z czego w klimatach może z kilka – przychodzili głównie normalsi sobie potańczyć. Obtańcowaliśmy z Winem jakieś dwie miejscowe studentki, do końca nie pamiętam nawet jak do hostelu wróciliśmy, bo piwo w lokalu kosztowało połowę tej ceny, co w Polsce. 
Klub Money is Honey, Petersburg, 2000

Następnego dnia mieliśmy obejrzeć Ermitaż. Wina rano spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem i powiedział, że bańka mu pęka i odpuszcza, ja się zawziąłem, bo byłem umówiony z Jogurtem – tam był taki myk, że jak bilet kupował miejscowy to kosztował on jakieś 4 zł, a jak innostraniec to ze 40, więc przebitka była kolosalna – ja stałem cicho, a on w kasie załatwił sprawę. Nie wiem czy na kacu z połowę muzeum daliśmy radę obejrzeć, ale nawet jak ktoś jest totalnym ignorantem w takich sprawach to wnętrze i kolekcja robią wrażenie, a ja mimo wszystko trochę się na tym znałem i interesowałem.

Kolejne dni bujaliśmy się z Winem po mieście, wieczory spędzając albo w Money Honey na rockabilly, albo w klubie sajkowym na Fontance. W sumie głównie w tym drugim, choć działo się tam niewiele, ale zawsze trochę sajkowców siedziało, można było wypić bro i posłuchać muzy. Z miejscowymi psychobilly szybko się zblatowaliśmy, oni nie mogli zrozumieć, po co my w ogóle na te rock’n’rolle łazimy – dla nich rockabillowcy to byli trendy strojnisie, z drogimi ciuchami, z dobrych domów i grzeczne laleczki. Skoro tak mówili to pewnie tak było, i fakt faktem tak też wyglądało – cała ta ekipa sajkowa widać było, że z dzielnic robotniczych, naszywki, koszulki i znaczki samoróbki, buty jak po ojcu, piwo kupowali najtańsze – od razu wspólny język znaleźliśmy ;) Inna sprawa, że klimaty mieli też momentami podejrzane - jak byliśmy u Jogurta na kwadracie oglądaliśmy foty z sajkowych koncertów i wyjazdów, patrzę a gospodarz coś tam próbuje schować, ale zdążyłem przylukać, że było tam parę zdjątek, na których ekipa „pięć piw” zamawiała. Ale nie nasza piaskownica, nie nasza sprawa. Innym razem łaziliśmy z Winem po mieście oddzielnie i się umówiliśmy na Fontance w klubie. O danej godzinie idę i widzę z daleka Wina jak stoi ze 100 metrów od miejscówki. Widzę, ze ma jakąś niepewną minę – Co jest, zamknięte?Nie, ale w środku ekipa nazioli siedzi… Cholera wie co robić. Jakoś niedługo przed naszym wyjazdem do Rosji polska psiarnia spałowała jakiś ruskich handlarzy i się z tego afera międzynarodowa wykręciła. Mieliśmy lekkiego pietra, że na miejscu ktoś na nas będzie mały rewanżyk za to próbował zrobić, a tu ekipa prawoskrętnych – stwierdziliśmy, że na wszelki wypadek napijemy się gdzie indziej i wpadniemy za jakiś czas. Później jak się pytaliśmy Jogurta, czy by się do nas przypultali to zrobił zdziwiona minę – Do Paljaków? A pacziemu? Oni tolka Kawkazów nie ljubiat. Rzeczywiście jakiegoś innego dnia w sajkowym klubie miała próbę jakaś oiowa kapela white power, siedziało tam trochę ich kumpli i nikt do nas nie miał problemów, że walimy obok browary i gadamy po polsku. Ruscy z Petersburga w ogóle okazali się przesympatycznymi ludźmi bardzo pozytywnie nastawionymi do Polaków. Wszędzie spotykaliśmy się z ogromną sympatią, na imprezach to każdy momentalnie chciał z nami się stukać butelkami czy kuflami, raz jakaś laska jak usłyszała, że gadamy po swojemu, aż zaczęła wzdychać, że uwielbia nasz język i że ona to wszystkie filmy z Lindą zna ;) Zarówno w podstawówce jak i w liceum olewałem naukę rosyjskiego z powodów ideologicznych, zupełnie bez sensu, ale coś tam mi do łba wtłoczyli, bo po trzech dniach wszystko zacząłem sobie przypominać, tak samo zresztą jak Wino, a miejscowi twierdzili, że gadamy zupełnie zrozumiale, tylko jak Estończycy, kalecząc słowa i z dziwnym akcentem ;) Aż mi raz głupio się zrobiło jak jeden taki konkretniejszy sajkowiec po pijaku ze mną gadał i zeszło na temat Czeczeni – akurat tam druga lokalna wojna się zaczęła, i on nie mógł zrozumieć, dlaczego w Polsce sprawa czeczeńska cieszy się taką sympatią, powiedział, że zginął tam jego kumpel. Z drugiej strony sam przyznawał, że powinno się im dać niepodległość, ale zaorać granicę, postawić zasieki i karabiny maszynowe – niech się każdy rządzi u siebie. 

Klub sajkowy na Fontance, 2000, Petersburg
 
Ok., to może przeskoczę znowu na turystykę. Każdego dnia mimo intensywnego wieczornego imprezowania włóczyliśmy się też sporo po mieście, którego zabytkowa część ciągnęła się kilometrami, więc cały czas poznawaliśmy coś nowego. Pod tym względem Petersburg bije nawet czeską Pragę, czy Budapeszt. Jeśli chodzi o wypicie browara i wódeczki to też było rewelacyjnie. Bilet trolejbusowy kosztował równowartość 20 groszy, a taksówka do nas do hostelu chyba z 8 zł. Ciekawa sprawa była tez z takim miejskim autostopem, okazało się, że można było machać na normalne samochody, gościu się zatrzymywał, pytał gdzie się jedzie i jak mu było po drodze to brał z 50-60% tego co taryfa, jaja normalnie, ale pomysłowe. Natomiast jedna rzecz była kompletnie do dupy – gastronomia. Nie wiem czy to dziedzictwo komunizmu, ale tam nie szło dobrze zjeść – co knajpa to zonk. W sumie najlepiej podali w knajpie gruzińskiej, ale cena to była taka warszawska i to z górką. W restauracji wegetariańskiej smakowało jakby żadnej przyprawy nie dorzucili, w lokalnej to tylko raki się nadawały do zjedzenia, ale po nich to wyszedłem bardziej głodny niż przed jedzeniem – w dodatku podczas posiłku towarzyszył mi oburzony wzrok Wina jak ja jestem w stanie zjeść taką kreaturę ze szczypcami. Największy total to była knajpa uzbecka – mam specyficzną dietę – to znaczy nie jem mięsa z wyjątkiem ryb i owoców morza (rak to chyba z owoce jeziora kolego narratorze), ale jakiegoś dnia nie mogliśmy znaleźć żadnej garmażerki – w końcu tych Uzbeków wypatrzyliśmy. Włazimy, ja się pytam czy jest coś bez mięsa, więc oni na mnie jak na ufoludka. Dobra, nogi strudzone, wezmę zupę, mięso odłowię na serwetkę, tym bardziej, że Winowi już leci ślina na steki. Po czym dostałem zupę, wyglądało to tak, że w talerzu pływało trochę cieczy, z której wystawała olbrzymia góra mięcha :) No to miał Wino wyżerkę ;) W sumie najlepsze żarcie to było z ulicy od bab, pierożki, czy czeburaki – takie ciasto napchane jakimś nadzieniem – ziemniakami, serem, szpinakiem za 1 zł za sztukę.

Petersburg okazał się też wyjątkowo wyluzowanym miastem, tam się wieczorami tłumy przewalały po centrum, sporo było młodzieży w subkulturowych stylach, a miejscowa milicja (tak, tak – milicja) sprawiała wrażenie jakby miała wszystko w czterech literach. Wracając z miejscową ekipą z jakiejś popijawy Wino zobaczył stójkowego na skrzyżowaniu i pyta się – A jak po waszemu przezywacie milicjantów? – Mienty. No to Wina wyskandował owo słowo się na całe gardziołko, trzeba go był prawie zakneblować, w końcu chodziło o to by sobie poużywać, a nie ponadużywać – a dołka w Rosji to ja bym nie chciał oglądać.

Melanż z miejscową ekipą w metrze, Jogurt tańcuje po środku, 2000, Petersburg
 
Łażąc po mieście nie obyło się też bez wizyt w sklepach muzycznych. Piraternia na całego – zakupiłem trochę nielegalnych wydań Meteorsów czy Batmobile na CD, ale prawdziwy elektroszok nastąpił dopiero po wejściu do jakiegoś małego sklepiku muzycznego niedaleko Newskiego. Był kiedyś taki sklep w Warszawie na Ząbkowskiej, pod nazwą Dziupla, gdzie w czasach PRL-u można było za złodziejskie ceny kupić spiratowane kasety zachodnich kapel punkowych i metalowych. To był jego Petersburski odpowiednik, z tym, że ceny były dużo bardziej przystępne, a asortyment kaset obejmował ze sto pozycji psychobilly. Przez kilka sekund patrzyliśmy z niedowierzaniem na to, co leżało za ladą, następne kilka sekund na siebie i machinalnie ręce sięgnęły do portfeli. Wtedy jeszcze nie ściągało się muzy z sieci, to było jak włamanie dziecka do zabawkowego, czy alkoholika do monopolowego. Wracaliśmy do Polski z plecakami wypchanymi tymi kasetami, z miesiąc mi to zabrało, żeby wszystko dokładnie przesłuchać.

Bombers, Poligon, 2000 (widać coś? :/)

 Mosquito, Poligon, 2000

Zwieńczeniem wizyty w Piterze (jak wdzięcznie przezywano St. Petersburg) był koncert w klubie Poligon miejscowej kapeli sajkowej Mosquito oraz grupy Bombers, która z kolei lawirowała pomiędzy klimatami sajkowymi a surfowymi. Z klubu na Fontance znaliśmy z kilkanaście osób, na koncercie było ze sto kilkadziesiąt i z miejsca jako Polacy staliśmy się mini atrakcją. W sumie recenzowanie koncertu, podczas którego wypiło się chyba z 8 piw zakrawa na szalbierstwo, ale z tego co pamiętam to nawet bardziej podobał mi się ten pokręcony surf w wykonaniu Bombers, aczkolwiek Moskity tez zagrały z ładnym kopem. Impreza zakończyła się prawie dokładnie o północy, wybijamy na dwór a tu jasno jak w dzień – cały urok białych nocy, które w połowie lipca miały się jeszcze całkiem dobrze. Wieczór zakończył się huczną imprezą na kwadracie u jednego z miejscowych sajkowców, którą przerwał bezceremonialnie sąsiad o wyglądzie boksera wagi ciężkiej, który po prostu wlazł do mieszkania, wyłączył stereo i powiedział coś zdenerwowanym głosem wspomagając to gestykulacją zaciśniętą pięścią.

Z miejscową ekipą po koncercie w Poligonie, 2000, Petersburg - północ, a jest tylko lekki zmrok - białe noce ;)

Nasze rosyjskie wakacje miał zwieńczyć jednodniowy trip do Moskwy. To znaczy mieliśmy tam dotrzeć nocnym pociągiem z Pitera, spędzić cały dzień i się załadować w nocny międzynarodowy do Warszawy tak by oszczędzić na noclegu, tym bardziej, że w tamtym mieście nie mieliśmy już na nikogo namiarów. Tyle, że nie wiedzieliśmy jaka to kołomyja by kupić bilet na ruski pociąg, normalne cyrk – na pierwszym dworcu powiedzieli, że mogą nam, jako cudzoziemcom sprzedać bilety tylko po specjalnej taryfie, czyli jak za zboże. Jak poszliśmy na główny wakzał to kolejka wyglądała jak na miesiąc stania. W desperacji nawet zastanawialiśmy się czy nie polecieć samolotem, ale spróbowaliśmy jeszcze innego dworca – tam była oddzielna kolejka dla innostrańców, ale można było kupić po zwyczajnej cenie – do kasy raptem ze 12 osób, a stania na 4 godziny – nie uwierzyłbym gdybym tego wtedy nie przeżył, a potem znowu na Ukrainie. Za nami stała Finka i mieliśmy w trójkę niezła polewkę z tej całej biurokracji. W kasie spisywali wszystkie dane z paszportu, wypytywali się o jakieś pierdóły, a na koniec jeszcze trzeba się było podpisać – powagę całego tego ceremoniału oddaje fakt, że Wino podpisał się jako Wiertaliot (helikopter), a ja jako Napoleon Bonaparte. Niestety nie dostaliśmy miejsc na sypialne, tylko na 3 klasę, za współpodróżnych mając Cyganów i Kaukazów, przez co podczas jazdy chęć snu walczyła z chęcią pilnowania bagażu. Za to cena wynosiła mniej więcej 10 zł za 700-kilometrowy trip.

Moskwa okazała się totalnym zaprzeczeniem Petersburga. Raz, że ceny nagle skoczyły do warszawskich, przynajmniej, jeśli chodzi o piwo w knajpie czy frytki w budzie. Dwa, że na ulicach zamiast nadbałtyckiego luzu czaiły się patrole milicjantów z karabinami, i to nie takie po dwóch tylko po siedmiu-ośmiu typa. Do tego architektura rodem z najgorszych socrealistycznych wizji - kilkunastopiętrowe, szare bloczyska wciśnięte w Arbat, siedem gmaszysk, na których wzorowano warszawski Pałac Stalina (obecnie Kultury i Nauki), tyle, że znacznie większych od naszego, rozpadające się osiedla z wielkiej płyty. To co ciekawego w centrum to obeszliśmy w niecałą godzinę, Arbat, Plac Czerwony, Kreml zza muru, bo bilety dla obcokrajowców w kosmicznej cenie i pojechaliśmy na Patriarsze Pruda wypić po piwku – jak ktoś czytał Mistrza i Małgorzatę to będzie wiedział o co biega, a jak nie, to może się skusi by sięgnąć do lektury – żałować nie będzie ;) 

Wino na Patriarszych Prudach, Moskwa, 2000

Następnym punktem programu było moskiewskie muzeum, gdzie zgromadzono ogromna kolekcję malarską (m.in. van Gogha, Gauguina, Picasassa, Matissa) w znacznej części zajumaną przez Armię Czerwoną podczas jej marszu przez Europę. Znowu myk z biletami, dla swoich parę złotych, dla obcokrajowców kilkanaście dolców. Postanowiłem więc przypalić głupa, proszę dwa biljety i daję odliczona kasę jak dla miejscowych. Baba w kasie na mnie patrzy krzywym wzrokiem i pyta – A wy adkuda? Myśl, Piter, myśl – Eeee, z Bielarussi… Na to ona, że ja wcale nie gadam jak Białorusin, więc już z głupia frant, że jestem Polakiem z Grodna. Pomarudziła, ale paszportu nie chciała i sprzedała po tańszej cenie ;) Ponieważ pociąg mieliśmy dopiero o północy w akcie desperacji zwiedziliśmy nawet miejscowe zoo, a pod wieczór zamelinowaliśmy się w dworcowej knajpie, bo niebezpiecznie wzrosła ilość milicyjnych patroli. W końcu wskok do pociągu, wskok na wyro, piwo na dobranoc i kierunek dom. Na granicy byliśmy późnym rankiem i się zaczęły jazdy z brakiem naszej registracji, która wbrew zapewnieniom hostelu jednak okazała się niezbędną. Celnik zaczął się pultać, pies mu mordę drapał, zaczął się wypytywać, co to w ogóle za wyjazd służbowy był, co robiliśmy, z kim się spotykaliśmy – ja od czapy, że załatwialiśmy sprzęt do wędkarskich sklepów. Chyba uwierzył, ale jeszcze się pytał ile kasy nam zostało, bo chciał łapówę, ale pokazaliśmy mu kartę kredytową Wina, że takie mamy plastikowe pieniążki – zabrał nasze paszporty, ale wróci za godzinę i oddał – chyba mu się nie chciało z nami szarpać, ale co nam kutasina strachu napędził… Jeszcze nas kanar zaczął nagabywać, bo usłyszał, że o tych wędkarzach do celnika nawijam, gdzie on ma w Polsce dobry ponton kupić. Jak granicę przekraczaliśmy to chyba wszyscy w pociągu słyszeli jak nam kamienie z serc do Bugu wpadały. Anyway – pojechałbym tam jeszcze raz, ale granica teraz szczelniejsza i już takie wygibasy by nie przeszły.