poniedziałek, 17 czerwca 2013

Sajkostory 14



No dobra, co tam oprócz koncertów Mad Heads, drugiej płyty Partii oraz wyjazdów do Calelli i Niemiec ten 1999 przyniósł? Na przykład dość kuriozalny wypad do Poznania na festiwal na tamtejszej Malcie, z takiej to okazji, że 3 lipca występował tam fiński zespół Leningrad Cowboys. Kiedy jakieś 10 lat później odwiedzili oni Warszawę, by grać na wiankach, kolejnym darmowym feście dla tłumów gawiedzi, nawet nie chciało mi się ich oglądać, mimo, że kręciłem się ze znajomymi po okolicy. Ale w 1999 posucha na rock’n’rolla była tak wielka, że nawet ten parodystyczny zespół przyciągnął naszą uwagę. Pojechałem tam z Magdą, Justyną i chyba Wino też był, ale pewny na stówę co do tego nie jestem. Mimo całej wizualnej oprawy Leningrad Cowboys z rock’n’rollem mieli jeszcze mniej wspólnego niż Krystyna Prońko – był to po prostu muzyczny cyrk, zrobiony bardzo profesjonalnie, ale po 30 minutach oglądania ich scenicznych popisów zacząłem ziewać. Nie do końca też mi odpowiadał klimat tłumów na imprezie – 45 tysięcy luda pod sceną – tak to jest jak dasz coś za darmo, zlecą się jak muchy, co by nie rzucili. Herbata za darmo, ustawi się zaraz kilometrowa kolejka, badziewne długopisy reklamowe za darmo – rozdrapią jakby o parkery walczyli, grają dziwaki z Finlandii za darmo, a co tam, idziemy. A po koncercie wokół Jeziora Maltańskiego techno party, którą obserwowaliśmy sącząc piwo na trawniku – widziałem pierwszy raz w życiu, i mam szczerą nadzieję, że po raz ostatni – co za zamuła. Rytm nadawany przez sieczkarnie i 50 sędziów piłkarskich dmucha w gwizdki naraz. Obawiam się, że lepiej bym się bawił łażąc za tymi facetami w pomarańczowych sukienkach i śpiewając „hare kriszna, hare, hare”.

Leningrad Cowboys (fot. lastfm.pl)

Shakin’ Dudi chyba w jakimś tam początkowym zamyśle też miał być muzycznym żartem jak Leningrad Cowboys, ale w przeciwieństwie do Finów wyciął w latach 80-tych kawał naprawdę dobrego rock’n’rolla. Teraz po latach kapela znowu się skrzyknęła – co prawda Dusza tym razem nie grał na gitarze, ale teksty z tym specyficznym poczuciem humoru nadal wychodziły spod jego pióra i ciągle dawały radę. Właśnie w 1999 roku kapela zrealizowała reaktywacyjną produkcję pod tytułem Platynowa płyta. Jeśli ktoś po jej przesłuchaniu miał wątpliwości, że Dudek słucha sporo Brian Setezer Orchestra, to chyba owej Orchestry nigdy nie słyszał – zresztą sam frontmen kapeli w wywiadach nie robił z tego tajemnicy. Taki bigbandowy neo-swing był w Polsce totalną nowością i chyba odbiorcy pamiętający linię kapeli z dawnych lat nie byli do końca przygotowani na tego rodzaju muzę, bo pojawiły się narzekania, że to popłuczyny po starych przebojach. Moim skromnym zdaniem jest to natomiast kawał dobrej roboty, przemyślanej, dopracowanej, profesjonalnie skrojonej – tyle, że faktycznie brakuje tam jakiś ultra przebojów. W tym samym roku pod nazwą Shakin Dudi Orchestra wyszła jeszcze koncertówka Swing Revival, na której znalazło się też miejsce da kilku swing'n'rollowych przeróbek przebojów kapeli z lat 80-tych.

Shakin Dudi - Platynowa płyta (1999, Rawa Blues) (fot. www.discogs.com)


 Shakin Dudi - Gdy wracam późno
 
Jeśli chodzi o rock’n’rollowe koncerty to po wakacjach niewiele się działo. Partia zagrała na pewno w Kotłach pod koniec października – niczego innego sobie nie przypominam. W tych samych Kotłach zadebiutowała w listopadzie oi-punkowa formacja z Warszawy, pod dziwaczną nazwą, której przesłania nigdy nie byłem w stanie ogarnąć – Weisse Ubermenschen. Po co pisać o punkach i skinach, jak miało być o sajko? Dojdziemy i do tego, ale trzeba znowu wrócić do Kotłów. W tych latach, w soboty (jeśli pamięć mi nie płata figli), odbywały się tzw. giełdy czadowe organizowane przez Pietię z Qqryq, na których można było, w zależności od potrzeb, zakupić płyty czy ziny, albo nastukać się ze znajomymi. Podczas jednej z takich sobót zwyciężyła akurat opcja alkoholowa, a po zakończeniu giełdy z dobrym, punkowym ziomem o ksywie Robak, uznaliśmy, że spożycie browarów leży nadal w sferze naszych zainteresowań, tyle, że trzeba było zmienić miejsce. Zdaje się, że to Robak wpadł na pomysł, że idealnie nadaje się do tego, znajdująca się niedaleko, sala prób, gdzie akurat szlifowali swoje umiejętności Weisse Ubermenschen. Jako, że pod względem personalnym cała kamanda była mi znana wpadliśmy tam na lekkiej bani, z browarami i w wesołkowatym nastroju. Kapela przygotowywała się do swojego pierwszego występu, który miał się odbyć za dwa tygodnie i wszyscy sprawiali wrażenie lekko zestresowanych tym faktem. Brak samokrytyki, jakże często występujący w połączeniu z alkoholem, spowodował, że podczas przerwy w graniu złapałem za gitarę i zaczęliśmy z Robakiem coverować jakieś numery Ramzesa. Nie wiem w jakiej desperacji musieli być Weisse, że dzień czy dwa po naszej pijackiej wizycie na ich próbie, zadzwonił do mnie ich wokalista  - Wrzosek i zapytał, czy bym nie zagrał z nimi na tym koncercie. Oj tam – trzy próby jeszcze zostały. Wrzoska znałam i lubiłem jako porządnego typa, drugą wokalistką była Ewka vel. Korozja, osoba wielce kontrowersyjna, aczkolwiek ja z nią miałem zawsze niezłe relacje i dogadywaliśmy się bez problemu. Na basie grał Mięso, też ziomek, który wtedy kręcił z Korozją, na perce Bartek, którego znałem wtedy bardziej z widzenia, a na gitarze Karaban, dobry kumpel Wrzoska. A co tam, mieli wtedy tylko kilka swoich numerów i parę coverów, nawet takie beztalencie muzyczne jak ja dało radę to opanować w try miga. 

Koncert w Kotłach był sporym wydarzeniem w undergroundowej skali, bo jako headliner występowała najlepsza, w mojej subiektywnej ocenie, polska kapela punkowa - Po Prostu. Hłe, hłe – może to mnie zmobilizowało do tych prób z Weisse. Oprócz tego grały jeszcze lokalne kapele oiowe Awantura i Triglav – podczas występu tych pierwszych padł wzmacniacz gitarowy, akurat ten na którym miał grać Karaban. Kicha, bo Weisse grał na dwa wiosła – w sumie to Karban był z kapelą od początku i to on powinien grać, a nie ja, ale wyszło jak wyszło. Sam już nie pamiętam, czy sam odpuścił, czy ja nie pomyślałem, że jemu się bardziej należy – chyba to drugie, bo po koncercie opuścił kapelę. Trochę głupio.

Weisse Ubermenschen, Kotły 1999
 
W każdym bądź razie, zacząłem z nimi regularnie mieć próby i jakoś tak niepostrzeżenie znalazłem się w zespole na stałe. Klepaliśmy sobie taki street punk w starym stylu, ale na warsztacie był też cover Tak mi źle Wojciecha Gąssowskiego kojarzony ze świetnym serialem komediowym Wojna domowa. Może to mnie trochę odważyło, bo zacząłem przynosić trochę swoich pomysłów na kawałki, bardziej w kierunku sajko. Wymyśliłem taki punkobillowy numer, który graliśmy jako instrumental pod tytułem Intro albo Weisse Ubermenschen, a następnie już stuprocentowo sajkowy numer, trochę w rzeźnickim stylu Hellbillys czy Fireballs, do którego tekst przyniósł Wrzosek. Zwało się to Fruhstuck (czyli po naszemu śniadanie) i wyszło na demo nagranym gdzieś w pierwszej połowie 2000 roku.

Weisse Ubermenschen - Fruhstuck

Z grupą zagrałem jeszcze jeden koncert w Remoncie, a latem 2000 całe przedsięwzięcie się rozleciało. Kapela zdążyła jeszcze wystąpić na jakimś festiwalu na Mazurach, w okrojonym składzie – ani Ewka, ani ja nie chcieliśmy tam jechać – grały tam jakieś kapele crustowe, anarcho-punkowe, za gwiazdę robił Włochaty – totalnie nie moje klimaty. Skorzystałem z pretekstu, że tego samego dnia Polonia grała swój mecz w eliminacjach Ligi Mistrzów i wymiksowałem się z tej imprezy. Zagrał za mnie Adolv z Silikon Fest - o tyle to ciekawe, że w tym momencie Weisse na scenie to był trzon późniejszego rockabillowego Pavulon Twist + Wrzosek na wokalu. W życiu bym wtedy nie pomyślał, że to się w tą stronę potoczy ;) Jedynym, oprócz mnie, zainteresowanym bliżej klimatami psycho/rockabilly w Weisse był w tym czasie Wrzosek, którego znałem całkiem dobrze, bo pojawiał się w knajpie na Racławickiej, w której zwykła imprezować nasza sajkowo-punkowo-skinowa ekipa, i chadzał podobnie jak ja na Polonię. Na początku patrzyliśmy na niego z lekkim dystansem, bo był studentem i pił trochę powściągliwie, ale okazał się super kumplem – gdyby nasza sajko ekipa była klubem piłkarskim to bym powiedział, że jeśli chodzi o osobę Wrzoska dokonaliśmy wielce udanego transferu ;) W tym czasie był jeszcze skinem, ale jakoś tak mniej więcej od okresu Weisse zaczął się przesajkowywać. Dla mnie świetna sprawa, bo była to wyjątkowo bystra persona – lubiłem jak wpadał do knajpy na browar, pogadać z nim można było o wszystkim i o niczym, miał fajne poczucie humoru, siedział w tematach muzycznych bardzo głęboko. Podczas gry w zespole jeszcze bardziej się z nim zakumplowałem. Natomiast ewolucja muzyczna Bartka była dla mnie sporym zaskoczeniem. Lepiej poznaliśmy się w zasadzie dopiero w Weisse – i jego to dopiero traktowałem z nieufnością - miał dredy, lubił jakieś łomoty muzyczne i grał w Silikon Fest z dwoma feministkami. A w okresie oiowym, czyli zaledwie 2-3 lata wcześniej, wzajemne relacje ekipy street punkowo-skinowskiej z feministkami, były na poziomie zbliżonym do tego, co myślą o sobie nawzajem katolicy i protestanci w Belfaście. Mimo moich podejrzeń, że Bartek to jakiś wściekły lewak, okazał się on totalnie wyluzowanym gościem, bardzo fajnym kumplem i równie niegłupim chłopakiem jak Wrzosek, takoż z dużym poczuciem humoru. He, he – przy bliższym poznaniu wyszło, że z tych feministek – Katiuszy i Marty, też są bardzo spoko laski i parę razy zdrowo zaimprezowaliśmy we wspólnym gronie.

Przy jednej z takich imprez na kwadracie u Katiuszy, pojawili się znajomi z berlińskich skłotów, a wraz z nimi jakiś niemiecki punk. W pewnym momencie, ten Niemiec zaczął coś szeptać do L. i pokazywać na mój t-shirt Demented Are Go. Sprawa zaraz się rypła, L. podszedł do mnie i zapytał z lekkim zakłopotaniem w głosie, że kolega go właśnie poinformował, iż Demented swego czasu nagrywał płyty z Ianem Stuartem ze Skrewdrivera. To dopiero była historia rodem z Radia Erewań! Faktycznie przypomniałem sobie wtedy, że niemiecka antifa układała sobie listy kapel zakazanych, w dobrej tradycji Świętego Oficjum sprzed kilkuset lat, i Demented na tej liście figurował. Cała historia to niezły humbug – Stuart był liderem neo-nazistowskiej kapeli skinowskiej Skrewdriver, takoż organizacji Blood & Honour o podobnym profilu politycznym. Na scenie neo-nazistowskiej miał status pół-boga, w kręgach lewicowych najgorszego schwarzcharakteru. W 1989 Stuart wraz z Paulem Griffithsem, rockabillowcem, który należał do ochrony Skrewdrivera, wpadł na pomysł by stworzyć kapelę ukierunkowaną muzycznie na subkultury rockabilly i sajko, a tekstowo na rasizm, ku-klux-klan i co tam jeszcze takim typom mogło chodzić po głowach. Na perkusji zasiadł ówczesny bębniarz Skrewdrivera, natomiast na bas zwerbowano Graeme’a Granta, który grał w 1987 roku w Demented, ale musiał opuścić kapelę po tym jak się wyprowadził na jakiś czas z Londynu. Po jakimś czasie Grant wrócił do stolicy UK, a w 1989 zamieszkał blisko Stuarta, znał się z Griffithsem i tym sposobem trafił do Klansmena – bo tak się nazywał ten projekt. Na gitarze grała persona pod pseudonimem Bones – w jednym z wywiadów Stuart powiedział, że to też była osoba z Demented, ale o kogo dokładnie chodziło nie wiadomo i czy w ogóle był to ktoś z bardzo popularnego zespołu sajko. Jak by to powiedział węglarz Szkvor z Przygód dobrego wojaka Szwejka - Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. Problem w tym, że debiutancka płyta Klansmen ukazała się z notką, że zespół to Skrewdriver + Demented Are Go, co było delikatnie mówiąc mijaniem się z prawdą, bo Demented to zasadniczo byli Sparky i Ant, którzy z całą sprawą nie mieli nic wspólnego. Za D.A.G. ciągnęła się ta historia jak smród za gaciami, a pikanterii dodawał fakt, że Grant na jakiś czas, w latach 90-tych, wrócił do kapeli. Jak już męczymy tą bułę – to na drugiej płycie Klansmena ukazała się notka, że Stuarta wspierają na niej muzycy innej sajkowej kapeli Krewmen, przy czym znowu chodziło o Granta, który owszem miał też w tym okresie epizod w Krewmenie, z czego chyba nikt nie był zadowolony. Lider tego sajkowego bandu Tony McMillan, we wspomnieniach opisał przyjęcie Graeme’a jako ogromy błąd i określił go jako słabiutkiego kontrabasitę, którego szybko się pozbyto po jednym wspólnym tourne i jednym teledysku. Z kolei Grant skarżył się, że na zakończenie współpracy z zespołem McMillan podpierdolił mu kontrabas.

Klansmen - Fetch The Rope

Wracając do Weisse to Bart preferował wtedy styl gry na perkusji polegający na ostrej napierdalance, a ja jako muzyczny analfabeta nie bardzo potrafiłem mu wytłumaczyć, o co mi chodzi w tych kawałkach, które przyniosłem i w końcu przylazłem z walkmenem i kasetą Frantic Flintstones, by puścić jak moim zdaniem powinna chodzić perka do sajko. I zadziałało – we Frushtucku zagrał super, choć w tym okresie jeszcze non stop zmieniał tempo podczas grania, co momentami nawet słychać na tej demówce ;) Potem jak zaczął grać w Pavulonach okazało się, że potrafi bić i równo, i w normalnym tempie, a nie tylko z szybkością maszyny do szycia pracującej na najwyższych obrotach ;) Z kolei Mięso, basista Weisse, zawsze miał ciągotki ku muzyce popowej, lubił melodyjne granie i jego rozwój muzyczny w kierunku grania rock’n’rolla to nie była jakaś nieoczekiwana historia. W okresie Weisse zdecydowanie przewyższał umiejętnościami resztę kapeli, miał też najlepszy słuch, natomiast trochę gorzej wyglądało to jeśli chodziło o kreatywność. Kapela przez 9 miesięcy, kiedy z nimi grałem, zrobiła bardzo mało nowych numerów. Problemem stało się też regularne przeprowadzanie prób, Bartek musiał obskoczyć też Silikon Fest, w dodatku tak samo jak Wrzosek studiował, więc były okresy, kiedy obaj zupełnie nie mieli głowy i serca dla Weisse. Nie dość, że ciężko było umówić próbę, to jeszcze jak to się udało zrobić i tak wcale to nic nie znaczyło, że da się pograć – Ewka rozstała się z Mięsem i zaczęła tracić zainteresowanie kapelą, a niektórzy nawet potrafili po prostu nie przyjść bez żadnego uprzedzenia na umówione granie. Za którymś razem, kiedy po raz kolejny jedyną osobą jaką zastałem w kanciapie był Mięso, doszedłem do wniosku, że ciągnięcie tego przedsięwzięcia zaczyna mijać się z celem. Mięso miał podobne odczucia i Weisse Ubermenschen odeszło w niebyt, a że obaj chcieliśmy grać dalej, zadzwoniłem do Jezka i Trojana, z którymi już wcześniej grałem i chyba pod koniec 2000 roku reaktywowaliśmy Haberbusch z Mięsem na basie - przyjdzie jeszcze czas, by skrobnąć o tym parę słów.

czwartek, 13 czerwca 2013

Sajkostory 13


W roku 2013, jeśli zapragnę dostać się do Calelli, wchodzę na stronę jakiegoś taniego przewoźnika lotniczego, kupuje przez internet bilet do Barcelony czy innej Girony, danego dnia stawiam się na Okęciu, w Modlinie, czy jakimś innym lotnisku i za 3 godziny jestem w Hiszpanii – wszystko za kilkaset zeta w obie strony, albo i taniej. Natomiast w połowie lipca 1999 roku z racji braku takowych przewoźników, za to dysponując zbliżonym budżetem, ową podróż trzeba było odbyć autokarem. Głupie 36 godzin i się jest na miejscu – w połowie drogi, nie wiesz już, na jakiej części swojego ciała się ułożyć w fotelu, karwa, na fotelu u dentysty czas mi szybciej płynął niż w tym busie do Hiszpanii. Pytanie zasadnicze brzmi, co skłoniło mnie i parę innych person do poddanie się tak wyrafinowanej torturze. Otóż na katalońskim wybrzeżu zwanym Costa Del Sol, leże turystyczny kurort o nazwie Calella, gdzie co roku organizowany jest największy na świecie festiwal psychobilly (od jakiegoś czasu robią to w pobliskiej Pindzie, czy tam Pinedzie). Legenda opowiedziana mi przez internet głosi, że początkiem festu był przyjazd dwóch niemieckich sajkówek na słoneczne wakacje do Katalonii, gdzie miejscowa ekipa ugościła je organizując przy tej okazji mały koncert. Z czasem rozrosło się to do poważnego międzynarodowego wydarzenia, przynajmniej poważnego dla sajkowców – a w roku 1999 odbywała się już siódma edycja całej imprezy.

Oczywiście jechać na sam fest taki kawał to był trochę zbyt duży hard nawet dla nas. Padł więc iście salomonowy pomysł, by połączyć to z wakacjami. Za zupełnie rozsądne pieniądze można było wynająć tam trzypokojowy apartament od soboty do soboty – przeczucie podpowiadało nam, że jak władujemy się tam w siedem osób to i tak będzie jeszcze luz. Szkopuł w tym, że cała impreza zaczynała się w czwartek, a jak już miałem jechać taki hektar to chciałem zobaczyć jak najwięcej. Ostatecznie cała ekipa podzieliła się na trzy grupy: ja, Ewka i Justyna autobusem do Calelli, który startował w środę nad ranem z Warszawy, Wino tą samą trasą, ale dwa dni później, bo miał kłopot z urlopem, a Aśka, Snopka i Bobby furą przez Francję tak by dojechać na sobotę. Ze mną i dziewczynami dodatkowo z Warszawy jechali Mad Headsi, którzy grali w Calelli dwa koncerty – jeden normalnie na feście i jeden na takim pojedynczym gigu zamykającym całą imprezę. 

Piter, Justyna, Mad Headsi (Barcelona, Park Guell)

Szczęściem w nieszczęściu, jeśli chodzi o tą 36-godzinną podróż autobusem, było to, że posiadał on dwa poziomy, z czego mniejszy, dolny został zawłaszczony arbitralnie przez naszą ekipę, dzięki czemu podczas snu nawet odnóża można było wyciągnąć. Niemniej na miejsce dotarliśmy w stanie zombie – miejscowe nygusy chyba miały już obczajoną sytuację z umęczonymi turystami. Justyna usiadła na jakimś murku, położyła obok siebie torebkę, by się napić wody, i tyle ją widziała. A w torebce, jak to zazwyczaj bywa, podróżował paszport i mamona, bo w tym okresie nie woziło się jej jeszcze w małych plastikowych prostokącikach wkładanych do bankomatów. Welcome to Catalunya!

Sama miejscowość, jak i całe Costa Del Sol, okazało się jednym z najbrzydszych miejsc, jakie widziałem w Europie, a trochę po świecie pojeździłem. Ciągnące się kilometrami betonowe kombinaty turystyczne oraz kiczowate miasteczka napchane sklepami z pamiątkami “znadmorza” i tłumy, głównie rasy germańskiej, mocno przekarmionych osobników płci obojga. Tam nawet wybrzeże było do dupy, plaża zapchana jak z filmu przyrodniczego o okresie lęgowym morsów, a woda się od razu głęboka robiła i wcale nie była taka ciepła jak można by się spodziewać. Później znaleźliśmy sobie dziką plażę na skraju miasteczka, ze skałkami dobrymi do snurkowania i bez tłumów, bo reszta to jakiś koszmar był. Kolejna sprawa to piwo – w tym czasie w Polsce jeszcze koncerny nie wprowadziły masówki robionej w 3 dni i nie trzeba się było wstydzić za wyroby rodzimych browarów. Natomiast hiszpańskie piwa to były niesamowite szczochy, z cieciorki i ryżu bym lepsze zrobił. Jedynym turystycznym plusem był jednodniowy trip do pobliskiej Barcelony, pozostającej w ostrym kontraście do brzydoty nadmorskiej Katalonii.

Jako, że apartament mieliśmy dopiero od soboty, pierwszą noc mieliśmy przekimać w hotelu poleconym przez organizatorkę festu. Rozsądek nakazywał dobrze odespać masakryczną podróż, ale widocznie nie kierowaliśmy się tego dnia rozsądkiem, bo skończyło się na alkoholowej libacji, zakończonej pogubieniem się jej uczestników, a w moim wypadku obudzeniem się nad ranem na plaży w stanie lekkiej katatonii – i tak się okazało, że z powrotem do hotelu dotarłem jako pierwszy.

Humungus, Coffin Nails, Calella 99

Pierwszy dzień festu miał miejsce w piątek i ku naszemu niemiłemu zaskoczeniu okazało się, że cała impreza nie odbywa się w Calelli tylko w jakimś miasteczku paręnaście kilometrów w głąb lądu, dokąd ja z Ewką dotarliśmy koleją. Tego dnia impreza przyciągnęła niecałe 300 osób z czego chyba więcej niż połowę stanowili sajko-turyści z całego świata. Drugiego dnia kiedy dobił już Wino jechaliśmy autokarem (w sumie były dwa) wynajętym przez organizatorów. Chyba tego dnia było trochę więcej ludzi, ale może tylko przez Wina takie wrażenie ;) Pod względem występujących kapel zupełnie nie jestem w stanie przypisać ich konkretnym dniom festu – największą grupę stanowiły zespoły grające klasykę sajko/neo-rockabilly: Sharks, Coffin Nails, Pharaohs, Long Tall Texans, Frenzy i Caravans – to jeszcze był okres kiedy prawie wszystko było dla mnie nowością, więc starałem się obejrzeć, tyle ile rzucili na scenę. Z dzisiejszej perspektywy trochę mnie to dziwi, ale wtedy najbardziej podobali mi się Coffin Nails (dziwi, bo postrzegam ich granie jako mocno prymitywne), pewnie dlatego, że zagrali najbardziej żywiołowo oraz Sharks, którego wtedy namiętnie słuchałem. Sporo obiecywałem sobie też po Frenzy, bo była to jedna z pierwszych kapel sajko jakie usłyszałem, ale też jedna z niewielu z tego nurtu, która w pewnym momencie totalnie popłynęła w jakiś koszmarne rockowo-popowe rzępolenie. Już ich trzecia płyta była ciężkostrawna, a 2 lata przed tym festem wydali bardzo słabą płytę pod tytułem 9-0-9. W sumie to bardzo ciekawa sprawa, jak szybko wypalały się z pomysłów undegroundowe kapele i jak żałosne, zazwyczaj, były ich próby wskoczenia w mainstream. Dla wczesnego punk rocka była to prawdziwa plaga, w pewnym stopniu też dla sceny ska, gotyckiej, czy post-punka. O dziwo, w psychobilly czołowe kapele pozostawały zazwyczaj wierne stylowi, w którym zaistniały, mimo jego totalnej niszowości i stosunkowo niewielkiego kręgu odbiorców. Frenzy byli jednym z nielicznych wyjątków od tej reguły, ale chyba zdawali sobie sprawę, jak są odbierane ich nowsze produkcje, bo zagrali na koncercie głównie stare numery. Ciekawostką było to, że ich lider używał nie klasycznego kontrabasu, tylko jego wersji elektronicznej, który wyglądał trochę jak gigantyczne skrzypce – to też było ogromną rzadkością na scenie sajko, choć moim skromnym zdaniem akurat pozytywną, bo elektroniczny kontrabas brzmi bardzo dobrze. Występów Pitmen, Cenobites i Celicates w ogóle nie pamiętam. Za to bardzo fajnie wypadły lokalne kapele Hellmaniacs i Smell of Kat – z wokalistą tej ostatniej chcieliśmy sobie uciąć konwersację, a ten z rozbrajająca miną wydukał, że “speak english no good”. Na co Wino się go pyta, jak w takim razie śpiewa po angielsku, a ten na migi pokazuje, że mu piszą na kartce transkrypcję ;)

Steve Whitehouse, Frenzy, Calella 99

Tak naprawdę bezsprzecznie najlepszą kapelą festiwalu okazali się Mad Heads, którzy zagrali też na jego zakończenie, w niedzielę, nie w głównym miejscu festiwalowym, ale w klubie w Calelli. Mieli taki deal z organizatorką, że ona im załatwiała noclegi i klub, natomiast sami opłacali sobie przejazd (stąd oszczędna opcja autobusem), ale brali całą kasę za bilety na swój występ. Jako, że nikogo tam specjalnie nie znali to poprosili mnie, Wina i Dżastin o zrobienie bramki i kasowanie za bilety, co umilaliśmy sobie cały czas browarami, tak, że ostatnich wchodzących na koncert obdarzyliśmy zaufaniem jeśli chodzi o wpłacane kwoty, bo liczenie pieniędzy przychodziło nam z coraz większym trudem. W sumie na ten gig przylazło prawie tyle samo osób co na poprzednie dni festu, a i płyt się trochę sprzedało, więc wyszli na swoje, i to z dużą górką. Na scenie rąbnęli z energią jaką znaliśmy z ich niedawnych koncertów w Polsce – szybko zakotłował się wrecking pit, ludzie reagowali bardzo żywiołowo. Ponieważ przed wejściem zrobiło się pusto, zwinęliśmy bramkę i ruszyliśmy pod scenę. Nie wiem co mnie podkusiło by sobie tego dnia kupować cygaro, a na koncercie by je zapali i wleźć w zabawę. Koniec końców krzywdy nikomu nie zrobiłem z wyjątkiem swojej koszulki – w momencie gdy Mad Heads specjalnie z dedykacją dla naszej ekipy zagrali Elephants Run, którego normalnie nie mieli w repertuarze koncertowym, ale wiedzieli, że go lubimy. W przypływie euforii zdjąłem koszulkę zapominając wyjąć cygara z zębów – w efekcie z jednego t-shirta zrobiły się dwa – aczkolwiek do noszenie to się już nie nadawało i do apartamentów wracałem w szyku gitowca z lat 70-tych, w katanie na gołą klatę.

Mad Heads, Calella 99

O ile w Calelli uroku trudno było się doszukać, o tyle sama quasi-wakacyjna forma imprezy miała sporo zalet. Ponieważ nie było tam tłumów, na trzeci dzień kojarzyło się z twarzy większość imprezowiczów – po festiwalu część ludzi wyjechała, ale sporo zostało i dalej balowało w miasteczku. W efekcie szybko się zblatowaliśmy z wieloma osobami. Co mnie lekko zszokowało na tych okołofestiwalowaych popijawach w stosunku do polskich realiów to totalna olewka tematów politycznych. Jednego dnia siedzieliśmy z Russem z Death Valley Surfers w jakiejś knajpie, gdzie przy jednym stoliku łykali łysogłowi osobnicy z koszulkami w celtyki i ósemki, a przy drugim śpiewali sobie przy piwku jacyś starsi punkowcy w koszulkach Clash z czerwonymi gwiazdami i nawet jednego krzywego spojrzenia nie było. Generalnie przeważała atmosfera zabawowa, bez napinki – innego dnia piliśmy browary ze sporą ekipą niemiecką i Mad Headsami. Jeden z Niemców spytał ich coś o Rosję, na co Vadim uprzejmie odparł, że nie są z Rosji tylko Ukrainy, na co z kolei typ, że dla niego to jedno i to samo. Gość był z Monachium, więc lekki rewanżyk wypłacił mu Wino – zaczął mówić, że “a u was w Austrii to coś tam, coś tam”, na co gościu zbulwersowany, że nie jest z Austrii tylko Bawarii, na co Wino “Austria, Bawaria, dla mnie, jedno i to samo” – wszyscy koledzy monachijczyka pierdolnęli takim śmiechem, że mało kufle ze stołu nie pospadały. Sporo też imprezowaliśmy u nas na kwadracie, jako, że dozorca tych apartamentów głównie kimał, z liczną grupą z Francji oraz Stanów, w tym Ericą – wokalistką kapeli Speed Crazy oraz kontrabasistą Hellmaniacs.

Jednym słowem wakacje przebiegały wesoło i rozrywkowo. Dla mnie do pewnego momentu, do bardzo nieprzyjemnego w skutkach wypadku, kiedy wpadłem, nomen omen zupełnie na trzeźwo, w szybę balkonową. Efektem przecięta tętnica w kolanie, kałuża krwi na podłodze, pogotowie i nocna wizyta na ostrym dyżurze, gdzie mi zaszyli kolano i założyli takie warstwy bandaży, że czułem się jakbym gips nosił. David z Hellmaniacs, który jako władający tubylczym narzeczem pojechał ze mną do szpitala erką, czekał na izbie przyjęć, ledwo już widząc na oczy, co mu nie przeszkadzało palić ogromnego dżointa – poczciwe chłopisko, w stanie zombie odprowadził mnie jeszcze na apartamenty. W tym momencie dla mnie wakacje już się skończyły, noga zabandażowana na całej długości, z trudem można chodzi, więc skorzystałem, że Wino wraca wcześniej ze względu na koniec urlopu i przebukowałem bilet. Poprzednie 36 godzin w autokarze to była prawdziwa sielanka w porównaniu do tego, co mnie czekało teraz w podróży powrotnej z nogą, której nie mogłem zgiąć w kolanie. Po latach jeszcze się wzdrygam jak sobie to przypomnę, brrrrrr...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Sajkostory 12



Lutowy koncert Mad Heads i Partii w Kotłach otworzył nowe możliwości dla rozwoju psychobilly, czy w ogóle muzyki bazującej na rock’n’rollu, w Polsce. Nagle takie granie stało się rozpoznawalne i akceptowalne dla sporej grupy bywalców warszawskich koncertów. Mad Heads co prawda wyjechali następnego dnia do domu, ale przecież Partia tego wieczoru pozostawiła po sobie też bardzo dobre wrażenie. Do tej pory grupa działa nieco w próżni, znana była głównie na Żoliborzu oraz w kręgach ludzi związanych z takim niszowym (wówczas) wydawnictwem poetyckim Lampa – w sumie też głównie z Żoliborza. Od 1999 na jej koncertach zaczęli też regularnie pojawiać się ludzie z klimatów punkowych i skinowskich.

Wino, Ewka, Lesław (Berlin 1999)

W tym okresie Lesław i Arkus byli blisko zakumplowani z naszą sajkową paczką. Jak grali koncert w Warszawie to zazwyczaj się tam pojawialiśmy, a teraz również zaczęła na nich bywać część naszych znajomych. Z Lesławem zresztą często umawialiśmy się też poza koncertowo, blisko zaprzyjaźniła się z nim Justyna. W tym też mniej więcej czasie do szeregów psychobilly zwerbowana została kolejna osoba – Ewka vel Crazy Seniorita, która parę lat później miała ogromny udział przy organizacji koncertów.

Wino, Justyna, 2 niemieckich sajkowców, Ewka, Piter (Berlin 1999)

W 1999 r. na wreckingpit pojawiła się informacja o koncercie Batmobile w Berlinie. Nie lada gratka, biorąc pod uwagę, że była to jedna z pierwszych, a zarazem jedna z najlepszych kapel psychobilly w historii tego gatunku, a przez ostatnich kilka lat miała praktycznie zawieszoną działalność. Impreza miała mieć miejsce 4 kwietnia, a jako supporty wyznaczono trzy berlińskie kapele: Mad Sin, Damage Done By Worms i Maniacs. Od 1999 miałem nieźle płatną pracę, za to brak poważnych zobowiązań, to samo Wino, więc nie stanowiło dla nas problemu, by ruszyć się od czasu do czasu na koncert do innego kraju. Justyna siedziała już w sajko od jakiegoś czasu, ale na tego typu imprezę jechała chyba pierwszy raz, tak samo jak Lesław, który miał w kolekcji zdaje się całą dyskografię Batmobile i też się skusił na wyjazd. Ewki nie trzeba było nawet namawiać, jeśli o nią chodziło to raczej zachodziła sytuacja odwrotna – trzeba by ją chyba przykuć piętnastoma łańcuchami do kaloryfera, żeby sobie odpuściła możliwość zaimprezowania :)


Batmobile, Berlin 1999

O ile ani Maniacs, ani Damage Done By Worms nic specjalnego nie pokazały, o tyle Mad Sin był wtedy w kapitalnej formie i dał kolejny wyrąbisty gig. Nie zawiodła też główna atrakcja wieczoru, czyli Batmobile. Co ja tam mówię „nie zawiodła”, to jak zagrali to był kosmos – lekkość z jaką bracia Haamers zasuwali po scenie, cały czas równo wycinając swoją ultraprzebojową muzykę, coś niesamowitego. Czasami to wyglądało jakby grali sobie od niechcenia – taki luz na scenie widziałem może jeszcze u kilku kapel, ale Batmobile robił to wtedy najlepiej. No i jeszcze ten kontrabas w zebrę – z gumową czachą na gryfie, która podczas grania kłapała szczęką. Nie dziwne, że zabawa pod sceną była przednia, na szczęście udało mi się do tego czasu dobudzić Wina, więc nie minął go cały set. Od przyjazdu do Berlina raczyliśmy się chmielowym napojem i kolegę z sajkowej branży mocno zmogło, wybrał sobie kąt w sali koncertowej do spania i wszelkie próby wybudzenia nie przynosiły skutku. W końcu użyłem przymusu fizycznego, podskoczył ocucony i próbował mi się zrewanżować kilkoma sierpowymi, na szczęście wskutek pijaństwa wyszły mu z tego cepy w powietrze. Lekko obrażony, za to mocno zataczający się, opuścił swoje legowisko i ruszył pod scenę – sposób na pobudkę może brutalny, ale za to diabelnie skuteczny, więc warszawska ekipa obejrzała Batmobile w całości :)



 Batmobile, Berlin 1999

W czerwcu ze zdziwieniem dowiedziałem się, że Lesław, chyba do spółki z Justyną, zaplanowali zrobienie dwóch koncertów Mad Heads i Partii – jednego w Warszawie, drugiego w Piasecznie. Nie ma co ukrywać, że chłopaki z Partii w ten sposób chcieli zrobić sobie lekką promocję własnej nazwy. Po zagraniu w Piasecznie zawinęli się własnym transportem jeszcze przed koncertem Ukraińców, więc doholowanie ich z powrotem do stolicy spadło na nasze głowy. Nie to, żebym widział w tym coś złego, czy się obraził, że w sumie za pierwszym razem ja to załatwiałem, a za drugim nawet mnie nie spytali o zdanie. Robienie koncertów w Polsce to zazwyczaj katorga i super, że im się chciało poświęcać własny czas i energię na robienie czegoś takiego. Natomiast, że termin był z dupy to zupełnie inna sprawa – przez lata to nieco się zmieniło, ale pewne dziwne zasady odnośnie organizacji imprez undergroundowych wciąż pokutują w naszym pięknym, gdzieniegdzie, mieście. Mianowicie warszawska publika na koncerty przychodzi i płaci za bilety od wczesnej jesieni do wczesnej wiosny – cały okres od mniej więcej maja, kiedy zaczynają się juwenalia, a następnie darmowe imprezy wakacyjne, to najlepszy okres do zrobienia koncertu pod warunkiem, że chcesz być ostro w plecy z kasą. Czerwcowy koncert Mad Headsów, ponownie w Kotłach, z Partią i Dumbsami (coverbandem Ramones) przyciągnął i owszem całkiem sporą liczbę ludzi, na oko ze sto kilkadziesiąt osób, ale chyba połowa z nich, korzystając z pięknej pogody i asortymentu proponowanego na pobliskiej stacji benzynowej, zadowoliła się piciem browarów na zewnątrz i słuchaniem dźwięków koncertu przez otwarte drzwi klubu – gdzie z kolei temperatura przypomniała mi czasy nastoletniego dorabianie do kieszonkowego w piekarni. Mad Headsi zagrali znowu super, ale brakowało jakoś entuzjazmu i atmosfery jaka miała miejsce w lutym. Piaseczyński koncert, dzień po warszawskim, odbywał się w tamtejszym domu kultury, którego sala wyglądał tak, że można by ją przechowywać w Sevres jako wzorzec tego rodzaju miejscówki. Sporą część widowni stanowili przyjezdni z Warszawy, resztę miejscowa młodzież, w sumie chyba ze 100 osób – pod względem zabawy to chyba lepiej to wypadło niż dzień wcześniej.

Biorąc pod uwagę, że tym razem Ukraińcy przyjechali na nieco dłużej, a pogoda była wakacyjna, zdążyliśmy pokazać im Starówkę i posiedzieć w Łazienkach – to ostatnie to był chyba mój pomysł. Jakoś kojarzyło mi się to z pięknym parkiem, pałacem na wodzie, nic tylko walnąć się na trawce i pić piwko w piękny czerwcowy dzień. Szkoda tyko, że tam był zakaz konsumpcji wiadomych napoi, a co krzak czaili się strażnicy i tyle mieliśmy sielanki. Jakbyśmy chcieli pokarmić wiewiórki, czy łabędzie to co innego, ale na browar to zdecydowanie nie było dobre miejsce. W tym okresie w Łazienkach były prawie codziennie koncerty muzyki klasycznej i jazzowej, co zainteresowało kijowian. Wino lekko zbulwersowany powołał się na Fenecha, który miał numer Fuck Jazz, na co Vadim stwierdził, że Fenech jest głąb, a dobrej muzy posłuchać zawsze fajnie, niezależnie z jakiego gatunku. Nagle się okazało, że lubi Szopena, i trochę czasu posiedzieliśmy w okolicy pomnika, gdzie akurat jakiś pianista miał recital Frydka. Mimo, że w tym czasie pracowałem w firmie wydającej płyty z muzyka poważną, to w tym temacie jestem ostrym ignorantem i poza Marszem pogrzebowym, który jest punk rockowy na maksa, na Szopenie się nie znam i raczej szybko nie poznam.


Partia - Dziewczyny kontra chłopcy, 1999, Ars Mundi (fot. http://www.lastfm.pl)


W sumie te koncerty Mad Heads to najsensowniej byłoby zrobić we wrześniu 1999, bo wtedy Partia wypuszczał swoja drugą płytę Dziewczyny kontra chłopcy. Jak znalazł byłaby okazja do promocji wydawnictwa, które ponownie ukazało się w Ars Mundi. Tym razem brzmienie było jednak zdecydowanie ostrzejsze, kawałki bardziej przebojowe, a teksty napisane mniej mętnym językiem. Grupa w jakiś taki eklektyczny sposób potrafiła połączyć motywy z różnych, niszowych w Polsce, gatunków muzycznych – był tu i post-punk, swing, trochę ska, rockabilly czy sajko. W Polsce nikt tak wcześniej nie grał, a oni zrobili to jeszcze w wyjątkowo zgrabny sposób. Jakbym miał szukać jakiś skojarzeń to we Francji funkcjonowało coś takiego jak rock alternatywny, gdzie zespoły swobodnie przeskakiwały z jednego stylu do drugiego, cały czas zachowując undergroundowe brzmienie. Mocną stroną były też teksty Lesława, momentami naiwne jak cholera, ale to właśnie dodawało im siły, widać było, że są autentyczne, a nie pisane na siłę. 

Partia - Chciałbym umrzeć jak James Dean

Ciekawostką było też użycie obok basu elektrycznego klasycznego kontrabasu, choć technika gry Waldka nie miała nic wspólnego z klimatami rockabillowymi. Dziewczyny kontra chłopcy, w przeciwieństwie do debiutanckiej płyty spotkały się z dużo bardziej pozytywnym oddźwiękiem, a Partia, która dopiero co stała się rozpoznawalna na scenie warszawskiej, zaczęła przyciągać większą uwagę subkulturowej publiki, sceny niezależnej, czy jak to tam zwać. Radiostacja, jedyna wówczas rozgłośnia radiowa zajmująca się muzyką niezależną, zaczęła puszczać kawałki grupy w eter, a Garaż, największy polski zin zorientowany na muzykę punkową i ska, też odnotował ukazanie się płyty. Z kronikarskiego obowiązku odnotuje jeszcze, że i na drugim wydawnictwie Partii znowu nie zabrakło numerów ewidentnie nawiązujących do psycho/rockabilly. Chciałbym umrzeć jak James Dean ma punkobillowy klimat nieco kojarzący się z wczesnym Reverendem, Vampire Beach to czysto sajkowy instrumental, Speedway z kolei przypomina brzmieniem numery z lat 80-tych znane z Psycho Attacków, czyli to co zaproponowały wczesne Komety. Nawet przebojowe Kobiety można by uznać za coś w stylu modern rockabilly, a rock’n’rollowe motywy przewijają się w wielu innych numerach z Dziewczyn kontra…

Partia - Vampire Beach

Partia - Speedway

czwartek, 6 czerwca 2013

Sajkostory 11



Jako małe dziecko uwielbiałem studiować całymi dniami atlas geograficzny i podróżować palcem po mapie. I tak mi już zostało. Kiedy w 1991 odebrałem swój pierwszy paszport ruszyłem w świat – zacząłem od godzinnej wizyty na Słowacji, pokonując trasę od granicy do pierwszej knajpy, gdzie zjadłem zupę i popiłem ją dwoma piwami, bo były to najtańsze pozycje w menu. Od tej pory przynajmniej raz w roku staram się wyjechać gdzieś zagranicę, najchętniej tam, gdzie mnie jeszcze nie widzieli. W 1998 r. planowałem uderzyć do Lwowa, ostatecznie skończyło się na Chorwacji, gdzie niedawno zakończyła się wojna i jeszcze nie było zalewu turystów z grubszymi portfelami = kosmicznych cen. Ale z tej niezrealizowanej (wówczas) wyprawy za wschodnią granicę wynikła niespodziewanie ciekawa znajomość. W internecie znalazłem stronę kijowskiej kapeli psychobilly Mad Heads i napisałem na ich skrzynkę czy znają jakieś fajne knajpy albo rock’n’rollowe miejscówki we Lwowie. Odpisał mi wokalista grupy, Vadim, że pod tym względem nie jest to specjalnie rozrywkowe miasto, a na imprezy tego rodzaju zapraszają do Kijowa. Zaczęliśmy utrzymywać kontakt mailowy, wymieniając się informacjami, co się dzieje w naszych krajach, jeśli chodzi o sajko. U nas nie działo się prawie nic, na Ukrainie działo się właśnie Mad Heads. W tym czasie wydali drugi CD, Mad(e) In Ukraine, w niemieckiej wytwórni Crazy Love, w której zresztą w 1996 zadebiutowali płytą Psycholula. Wytwórnia ta funkcjonowała od bodajże 1993 r. i jeśli chodzi o psychobilly to w ciągu kilku lat stała się najpoważniejszą w Niemczech i jedną z najważniejszych w Europie. Ukraińska kapela dzięki płytom wydanym w CL zrobiła się więc rozpoznawalna zagranicą, dzięki czemu mogła zacząć tam jeździć na koncerty. Jeździć, a nie latać, bo tanich linii lotniczych jeszcze wtedy nie było, a wielkich pieniędzy za granie wtedy nie dostawali – tłukli się więc pociągami. A którędy jedzie pociąg z Kijowa do Niemiec? :) Na początku 1999 r. zorganizowano im trasę po Niemczech i Holandii, podróżowali przez Warszawę, więc Vadim zamailował do mnie czy byłaby możliwość załatwienia im u nas noclegów w drodze tam i z powrotem, a może zrobienia u nas jednego koncertu. Poczułem się jak przysłowiowa ślepa kura, która właśnie dziobnęła w ziarno.


Cała nasza Warsaw Wreckin Crew zakasała rękawy. Noclegi mogliśmy zorganizować bez większego problemu po znajomych, co do miejscówki od razu na myśl nasuwały się Kotły, gdzie robiliśmy we wcześniejszych latach koncerty street punkowe. Przez kilka lat, do momentu powstania „zagłębia” klubowego na Dobrej, klub ten był główną lokalizacją undergroundowych imprez w stolicy. Była to niewielka, szara klitka zlokalizowana w piwnicy przedwojennej fabryczki na Woli – przed jej przebudową mogło tam wejść ze 150–200 osób, choć na pierwsze koncerty Analogs czy Horrorshow wcisnęło się chyba znacznie więcej. Sporym plusem było jej położenie z dala od osiedli mieszkaniowych, a do tej fabryczki przylegał spory, ogrodzony plac – idealne miejsce do bezstresowego browara przed koncertem, bo psiarnia zazwyczaj tam się nie zapuszczała.

Oczywiste było, że na takim gigu powinna wystąpić też jedyna polska grupa osadzona w rock’n’rollowych klimatach, czyli Partia. Skontaktowałem się z Lesławem, który bardzo pozytywnie zareagował na możliwość zrobienia takiej imprezy. Wziął zresztą na swoją kapelę załatwienie części sprzętu nagłaśniającego i roboty organizacyjnej. Teraz trzeba było tylko rozreklamować imprezę, głównie wśród znajomych, i przez telegazetę – internet dopiero wchodził do Polski, a telewizor w domu miał prawie każdy. 

Mad Heads - Starbiker

Ustaliłem mailownie z Vadimem, że zagrają u nas jak będą już wracać z Niemiec, tak czy siak mieliśmy się zobaczyć wcześniej, bo z Kijowa do Berlina było ponad 30 godzin jazdy pociągiem i chcieli sobie zrobić przerwę na nocleg w Warszawie. Przyjeżdżali w piątek rano, ja miałem odebrać ich z Winem z Centralnego, a potem odholować do naszej znajomej, Leny, u której mieli kimać. Zaczęło się od lekkiej zmyłki, bo pociąg zamiast na Centralkę przyjechał na pobliski dworzec Śródmieście, więc musieliśmy się przemieszczać w podskokach. Tam z kolei oni wysiedli na środkowy peron, my czekaliśmy na „jedynce”, a przed erą powszechnych telefonów komórkowych, nie tak łatwo było się od razu namierzyć. Jakoś ich tam wypatrzyłem, przebiegliśmy na środkowy peron, jak się bezradnie po nim kręcili i zabraliśmy się do Leny, prowadząc pierwsze konwersację w zatłoczonym tramwaju, pełnym wkurwionych ludzi jadących do tyry. Mieszkanie znajdowało się w bloku na dalekiej Ochocie, a ja musiałem zaraz się przemieszczać do arbaitu na Mokotów, więc długo tam nie posiedziałem. Co zrozumiałe robota mi się tego dnia nie kleiła jeszcze bardziej niż na co dzień i męczyłem się do wyjścia niemiłosiernie. Trochę nie wiedziałem, czego się spodziewać po chłopakach z wesołej Ukrainy. U nas w kraju młodzież, dorośli czy starcy, wszyscy jak leci, lubią sobie golnąć, ale i tak stereotyp był taki, że prawdziwe chlanie to się dopiero za naszą wschodnią granicą zaczynało. Miałem lekkiego pietra, czy kijowianie nie są trochę zbyt rozrywkowi pod tym względem i nie zastanę w mieszkaniu Leny jakiejś dzikiej balangi. No i zastałam, aczkolwiek w nieco innej formie niż można było oczekiwać. Vadim, Maksim i Bohdan siedzieli sobie spokojnie w sweterkach, popijali herbatę i obserwowali z nieukrywanym zaciekawieniem, co wyprawiali Wino z Dżastin. Mianowicie ta dwójka oddelegowana do opiekowania się naszymi szanownymi gośćmi, musiała się raczyć bynajmniej nie herbatką, ale zgoła innymi trunkami i była wyraźnie zadowolona, że weekend dla nich zaczął się 10 godzin wcześniej niż normalnie. Wino wykonywał po całym pokoju choreografię, która była czymś pomiędzy naśladowaniem lotu samolotem, skokami gimnastyczki artystycznej, a wrecking pitem. Natomiast Justyna wisiała na kontrabasie i próbowała na nim grać nietypową techniką, mianowicie używając do tego bosej stopy – biorąc pod uwagę, że miała na sobie kabaretki i miniówkę, wyglądało to dość intrygująco. Zobaczywszy moja skromną osobę w progach mieszkania Lena, Wino i Dżastin zaczęli krzyczeć jedno przez drugie, że kapela dała już w mieszkaniu mini koncert, więc po usilnych namowach został on powtórzony. Justyna oddała kontrabas Maksimowi, Vadim wyjął gitarę, a Bohdan ustawił sobie zestaw szklanek, kubków i pudełek, na których zagrał łyżkami. Szok, jakie rzeczy on potrafił wybić na tej imitacji perkusji – zagrali parę numerów unplugged w tak mistrzowski sposób, że zrozumiałem skąd ten zabawowy nastrój na kwadracie. Wino miał się zmywać na drugą zmianę na pocztę gdzie pracował, ale tak się zdążył rozhasać, że wcale nie miał ochoty przerywać teraz imprezy, a dwa, że w jego stanie praca to była ostatnia rzecz, do której się wtedy nadawał. Złapał za telefon i chciał dzwonić do, że właśnie złamał rękę. O rzesz... – Wino, złamana ręka nie zrasta się w trzy dni, przecież w poniedziałek rano pojawisz się na poczcie bez gipsu!. Zrobił zadumaną minę w stylu Scarlett O’Hary („Nie będę się tym dzisiaj martwiła, pomyślę o tym jutro”). Ostatecznie pojechał do roboty, gdzie na bani obsługiwał interesantów i jak sam relacjonuje był dla nich tego dnia wyjątkowo opryskliwy ;)

Mad Heads - Tram In Lunacy

Mad Heads na szczęście okazali się równymi typami i lekkie wybryki miejscowych sajkofanów przyjęli ze zrozumieniem. Liderem i motorem kapeli był gitarzysta Vadim, chłopak mniej więcej w moim wieku, na kontrabasie grał jego młodszy brat Maksim, a na perce Bohdan. O ile bracia byli spokojniejsi, a Maksim mało się w ogóle odzywał, o tyle po Bohdanie widać było, że to rozrywkowa dusza. Czas szybko minął na słuchaniu muzy i luźnych gadkach o kondycji sceny sajko, życiu codziennym w naszych krajach, czy widokach na przyszłość. Kapela po krótkiej wizycie w Warszawie ruszyła na koncerty na Zachód, by po tygodniu znowu zawitać do Polski. Tym razem nocować mieli u Arka, tego samego, co balował z nami na Wild Cat w Berlinie. Nie jestem w tej chwili w stanie dokładnie odtworzyć daty tego koncertu, chyba była to sobota, w każdym bądź razie działo się to wszystko w połowie lutego 1999 r. Kapela przyjechała dzień przed imprezą, chyba wtedy odbierała ich z dworca Justyna, i rozlokowała się u Ara. Po południu dobiliśmy tam jeszcze ja, Wino i Ewka, która o ile w temacie sajko jeszcze nie siedziała, o tyle balować zawsze lubiła. To, co miało pierwotnie być niewinną wieczorną posiadówką, zamieniło się w szaleńcze hulanki z tańcami, przy czym tym razem rozruszali się też Ukraińcy, szczególnie Vadim ;) Trwałoby to pewnie do bladego rana, gdyby koło 1 czy 2 w nocy nie wkroczył w końcu z drugiego pokoju zbulwersowany Arek i ryknął, – Co to jest!? Miało być spanie, a nie tańczenie!. Nad ranem leczenie kaca wspomagało Dead Kennedys – z zasobów Arka kasetę wyciągnął i puścił Vadim, po czym z zadumą Mad Headsi stwierdzili – „Jakby tak się umiało grać na basie to nie byłby potrzebny do sajko kontrabas”. Faktycznie pierwsze płyty Kennedysów to momentami punkobilly w czystej postaci – gitarzysta tej genialnej amerykańskiej kapeli, East Bay Ray, zaczynał w grupie rockabilly o nazwie Cruisin, co wywarło ogromny wpływ na brzmienie Fresh Fruit for Rotten Vegetables, czy Plastic Surgery Disaster. Wystarczy posłuchać Stealing People's Mail, Let's Lynch the Landlord czy wariackiej wersji Viva Las Vegas – i to wszystko na rok przez debiutem płytowym Meteors.

Koncert, który miał miejsce w Kotłach, później przemianowanych na B65, a jeszcze później na No Mercy, przyciągnął trochę ponad sto osób, co było dla nas miłym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że sajko było wtedy w Polsce zupełną nowością, a Partia dopiero pracowała na swoją rozpoznawalność. W sumie znajomych i zwolenników żoliborskiej kapeli pojawiło się około dwudziestki, do tego parę osób, które pamiętały jeszcze warszawskie klimaty sajkowe lat 80-tych, ale największą grupę stanowili ludzie z klimatów subkulturówych, głównie nasi znajomi z różnych ekip punkowych oraz skinowskich, no i rzecz jasna nasza mini Warsaw Wreckin Crew. Jako pierwsza grała Partia, która na żywo brzmiała dużo ostrzej i bardziej energicznie niż na debiutanckiej płycie. W dodatku mieli już w repertuarze sporo numerów, które znalazły się na nowej płycie – dużo bardziej strawnych dla subkulturowej publiczności. W sumie dla wielu osób ten koncert był pierwszym kontaktem z zespołem Lesława i Arkusa, a to z kolei spowodowało, że począwszy od 1999 r. aż do rozpadu grupy, zasadniczą część ich publiki stanowili ludzie związani w taki, czy inny sposób z klimatami sajko, punk, ska czy skinhead.

Mad Heads - Ukrainian Horror Show

Jako drudzy na scenie zamontowali się Mad Headsi. W drodze do Niemiec Vadim zostawił mi ich dwa pierwsze CD, szczególnie Mad(e) in Ukraine to był kawał dobrej muzy, więc spodziewałem się, że i na scenie nie będzie popeliny. Ale to co zobaczyłem tego dnia w Kotłach przeszło moje wszelkie oczekiwania. Po latach jeżdżenia na sajkowe koncerty i obejrzeniu setek kapel, powiem jedno – ledwie kilka kapel dorównywało kijowianom na scenie. Rąbnęli takiego seta, że publika oszalała. Mieli zresztą niesamowitą zdolność dostosowywania swojego brzmienia do oczekiwań widowni. Widziałem nagrania ich koncertów na Ukrainie, gdzie publikę stanowili normalsi i wtedy grali softowo czy nawet wręcz dansingowo – teraz widząc, kto przyszedł do Kotłów pojechali dużo ostrzej, bardzo motorycznie i agresywnie. Chyba już od pierwszego numeru ruszyło pogo – w sumie jego polska wersja mocno przypomina wrecking pit ;) Kiedy kapela zaczynała grać bardziej rock’n’rollowo pogo stawało i wszyscy zaczynali tańczyć, a potem jak dawali z kopyta znowu się robił młyn pod sceną. Po dwóch czy trzech numerach bawiło się już 2/3 obecnych na sali i tak aż do końca koncertu. Ludzie tak się rozochocili, że kapelę od razu wyciągnięto na bisy. Potem wywołano ich jeszcze drugi raz, potem trzeci, na czwarty bis wychodzili już lekko zszokowani tym co się dzieje. Zagrali jeden numer i próbowali zejść na backstage, ludzie zaczęli ich wnosić na ramionach z powrotem – w tym momencie pół sceny było już zajęte przez tańczące laski i gości. Za szóstym razem kapela ponownie została wyniesiona przez publikę na rękach z pakamery z powrotem na salę – zagrali na koniec Ukrainian Horror Show, bodajże trzeci raz tego wieczoru i ze śmiechem powiedzieli, że więcej nie dadzą rady. Pierwszy i ostatni raz widziałem tak spontaniczną reakcję publiki na zupełnie nieznaną sobie kapelę, nie pamiętam też bym kiedykolwiek doświadczył takiej liczby bisów. Znajomi skini, punki podchodzili do nas i pytali, kiedy robimy następny koncert psychobilly. Jeden kumpel powiedział mi coś w tym stylu –„przyszedłem z nudów spotkać się ze znajomymi, psychobilly kojarzyło mi się z jakimś wieśniackim gównem, a to był najlepszy koncert, jaki widziałem w życiu!” i była to dość typowa reakcja po tej imprezie. Mad Heads grali potem u nas jeszcze kilka razy i można śmiało powiedzieć, że położyli jeden z kamieni milowych pod powstanie rodzimej sceny sajko.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Sajkostory 10



Nie będę chyba się specjalnie mijał z prawdą, jeśli napiszę, że to w 1998 roku w Polsce zaobserwowano pierwsze symptomy lepienia monstrum pod nazwą „rodzime psychobilly” przez kilkoro samozwańczych doktorów Frankensteinów. W Warszawie pojawiła się grupka czterech osób, które były zorientowane bezpośrednio na subkulturę sajko, a równolegle zespół Partia, takoż z Warszawy, wydał płytę, na której pojawiło się kilka kawałków w rzeczonym stylu.

Zaczęliśmy z Lesławem wzajemną wymianę muzy, choć jak pisałam wcześniej, to głównie ja przegrywałem od niego, ale też trochę przegadaliśmy godzin snując wizje na temat stworzenia w Polsce klimatu przychylnego rock’n’rollowemu graniu. Dwie pierwsze płyty Partii były bardzo różnorodne stylistycznie i gdyby tylko na nich opierać opinię to trudno by było jednoznacznie wskazać ówczesne fascynacje zespołu, ale Lesław faktycznie był wtedy mocno wbity w tematykę sajko. Kupował dużo płyt z tego gatunku i okolic, szczególnie z Nervous Records, ale też taki zin Deathrow Database wydawany przez Alana Wilsona z The Sharks. Jeśli chodzi o konkretne kapele to był mocno zajarany Meteors, Cramps, Batmobile, czy Reverend Horton Heat. Owszem, słuchał też sporo Morriseya i The Smiths, ale z naszej sajkowej „bandy czworga” też nikt się nie skupiał wyłącznie na sajko. Po prawdzie gdyby Lesław chciał się wtedy określić jako sajkowiec, to nikt by nie mógł mu tego odmówić, ale mam wrażenie, że nie czuł po prostu takiej potrzeby czy chęci. W przeciwieństwie do nas, balujących od piątku do poniedziałku rano z innymi freakami, jeżdżących nieustannie na koncerty i imprezy, był raczej typem samotnika, nie najlepiej czującego się w pijackiej bandzie. Arkus nie miał aż takiej zajawki, choć bardzo lubił np. Batmobile czy Meteors, ale mam wrażenie, że bardziej siedział w takich kapelach, które mi kojarzyły się z jakimś brit rockiem, czy brit popem. Cały ten antropologiczny opis mógłbym sobie w zasadzie darować, ale w zamierzchłych czasach Dżastin pisząc na jakimś forum o początkach drugiej fali polskiego sajko opisała Lesława i Arkusa jako psychobillowców – moim zdaniem oni nigdy jednoznacznie do tego się nie poczuwali, ale jednak siedzieli, szczególnie Lesław, mocno w temacie.

Partia w tym okresie nie miała jeszcze własnej publiki, na ich występy przychodzili przypadkowi ludzie i garstka ich znajomych, więc nasza mała grupka szybko stała się zauważalną częścią ich koncertów. Dla nas, sajkofanów, z kolei pojawienie się kapeli, która chętnie zapuszczała się na cenione przez nas tereny muzyczne dawało nadzieję, że wreszcie zacznie się wypełniać „czarna dziura” ziejąca w Polsce na miejscu, gdzie powinien być szyld z napisem „rock’n’roll”. Przy okazji wymian płytowych spotykaliśmy się na browarze z Lesławem, najczęściej przy Placu Wilsona, bo on był z Żoliborza, i gadaliśmy sporo o funkcjonowaniu rynku muzycznego. Pamiętam, że przy jakiejś okazji Lesław namówił barmana, żeby puścił jego kasetę Reverendów, ale po kilkunastu minutach jakiś knajpowicz błagalnie nas poprosił – Panowie, zmieńmy tą muzykę, bo tego słuchać się nie da ;). Sytuacja Partia na rynku muzycznym nie była zbyt różowa mimo, że grupa wydała płytę w całkiem poważnym wydawnictwie, a Warszawa i ja trafiła na Listę Przebojów Programu III. Lesław był mocno rozżalony na układy, które decydowały, co puszczano w rozgłośniach radiowych, o TV nawet nie wspominając. Podobnie wyglądała sprawa z koncertami, gdzie bez odpowiednich pleców można było sobie co najwyżej pograć na niszowych imprezach i w małych klubach. De facto to wytwórnie płytowe często same stwarzały sobie kapelę na potrzebę chwili, jak np. Golec uOrkiestrę, kiedy na fali popularności w Polsce Bregovicia, postanowiono wyczarować folkowo-rockowy produkt i trzepać na nim kasę. W 1998 r. na rynku muzycznym zaistniała formacja Czarno-Czarni, stworzona przez lidera grupy Bielizna, mającej w dorobku wiele świetnych kawałków oraz muzyków Big Cyca, który dla mnie zawsze był gównianą kapelą. Czarno-Czarni w zamierzeniu mieli nawiązywać, jak sama nazwa wskazuje w pastiszowy sposób, do rock’n’rolla lat 60-tych, ale ich debiutancka płyta okazała się cienka jak barszcz. Największy hit, jakiego się dorobili to taka pseudo-rock’n’rollowa cepelia w najgorszym wydaniu. Nazywał się ten numer Nogi i przy nim to nawet ten Shakin Stevens sprzed lat to było kick ass rockin’ music. Mainstream był zdominowany przez podobne wynalazki, wyjątkiem były dinozaury rockowe z lat 80-tych oraz kapele, które przeszły długą, wyboistą drogę od subkultury do popkultury, jak T.Love, Kult, czy Elektryczne Gitary. Debiutancka płyta partyjniaków miała softowe brzmienie bardziej ukierunkowane właśnie na mainstream, który wszakże miał w głębokim poważaniu, czy taka kapela istnieje czy nie, póki jacyś macherzy by nie zdecydowali, że można z tego doić kesz.

Czarno-Czarni

Po co o tym wszystkim pisze? Wydaje mi się, że dość obojętne przyjęcie pierwszej płyty, a z drugiej strony stopniowy wzrost popularności koncertowej Partii w kręgach subkultur – rodzącej się sajko oraz istniejących punk i oi skinhead – spowodował powrót kapeli do korzeni i bardziej surowego brzmienia. Nie wiem czy było to intencjonalne i wiązało się z próbą wejścia przez grupę na rockowy rynek, która to próba zakończyła się walnięciem z bańki w ścianę. Jako pierwszy (i jedyny?) z prasy muzycznej na Partię A.D. 1998 zwrócił magazyn Brum. W czerwcowym numerze zamieścił bardzo pozytywną recenzję ich debiutanckiej płyty, przy czym jej autor ubolewał, że jej brzmienie ma mniejszy pałer niż demówki kapeli. W tym samym numerze ukazał się też wywiad w formie spisania przez autora (tego samego, co recenzował płytę) przemyśleń Lesława. Wynika z niego, że liderowi Partii chodziło wtedy po głowie po prostu zaistnienie na szeroko rozumianej scenie rockowej i z jej nową generacją poczuwał duchową więź – padły nawet nazwy konkretnych grup – Homo Twist, Pidżama Porno, Świetliki, Ego… Padaka, prawda? O ile Partia chciała zaistnieć na rockowej scenie, o tyle ta rockowa scena chyba już tego tak bardzo nie pragnęła. Brum w tym czasie zapraszał po pięć osób z rodzimych zespołów, które oceniały po kilka kawałków innych kapel. Warszawa i ja została objechana z góry na dół – czasami bardziej subtelnie, czasami chamsko, jak przez jakąś lalę, której pseudonimu artystycznego nikt już nie pamięta. Kurs na scenę niezależną, czy nastąpił z rozsądku, czy z miłości to już nikt nie dojdzie, ale chyba innej alternatywy dla Partii wtedy nie było. Myślę, że nie bez znaczenie były też wspólne koncerty z Mad Heads, ale o tym później.

Ze swojej strony nasza czwórka, bo do Magdy, Pitera i Wina, dosajkowała Dżastin vel Helvette, była dobrze rozpoznawalna na warszawskiej scenie street punkowo-skinowej. Bez jakiejś tam fałszywej skromności to wszyscy mieliśmy udział kilka lat wcześniej przy tworzeniu od zera warszawskiej sceny street punkowej. Byliśmy w pierwszej ekipie z tych klimatów, robiliśmy pierwszego stołecznego zina poświęconego takiej muzie, organizowaliśmy (z Szymonem) pierwsze koncerty. U mnie nocowali Analogsi, u Wina i Arka Horrorshow, przy okazji ich pierwszych wizyt w Warszawie, kumplowaliśmy się z Lumpexami z Gdańska, Crowdsami z Poznania, czy Boot Street Boys z Łodzi. Na własne oczy widziałem też jak się formowała rodzima scena ska. OK, street/oi! punk miał potężny bonus rozpoznawalności ze względu na relatywnie sporą popularność punk rocka w Polsce, ale z drugiej strony garb ze względu na skinowską publikę, którą gawiedź powszechnie łączyła z ultranacjonalistycznym odłamem tej subkultury. Organizacja koncertów to była droga krzyżowa – przy jednym z pierwszych gigów najpierw ktoś zakablował na nas, że jesteśmy nazistami – trzeba było jechać osobiście z dementi do klubu – na szczęście okazało się, że nagłośnieniowcem był nasz kumpel, który potwierdził, że – Eee, to wy? Szefie, ale to nie są faszyści. Rano, w dniu innego koncertu, właściciela zaczął straszyć UOP i znowu trzeba było jechać i przekonywać, że nie będzie żadnej „nocy długich noży”. Z drugiej strony od zera budowano scenę ska, nie mającej ani specjalnych tradycji z lat 80-tych (ktoś widział wtedy rude boya w Polsce?), ale też złej sławy jak Oi! Coś z niczego – dlaczego nie miałoby się udać z sajko?

Wino, Ewka, Piter (1998)
 
Liczba subkultur młodzieżowych jest dłuższa niż lista statystów zatrudnionych przy kręceniu Titanica, ale większość z nich ma jedną cechę wspólną – najważniejsza jest muzyka. Oczywiście ciuchy, fryzury, ziny, teraz to i internet, światopogląd, upodobania i inne pierdoły są ważne – ale wszystko kręci się wokół muzyki. Nie ma koncertów to cała historia ogranicza się do kilkorga zapaleńców słuchających sobie nagrań w domowym zaciszu i zbierających kasę by od czasu do czasu pojechać zagranicę by zobaczyć ulubione kapele. A jak nie ma kapel lokalnych i trzeba ściągać zespoły z zagranicy to ile tych koncertów można zrobić w roku? Dopóki nie wystrzeliła Rezystencja, Analogs, Horrorshow itd. to cały oi!/street punk w Polsce to było raptem kilka załóg: z Sosnowca, Warszawy, Łodzi, Trójmiasta – nie wiem czy w sumie ze 100 osób tego było.

Haberbusch 46, Kotły 1997

Zrobić kapelę sajkową w Polsce A.D. 1998 to była jakaś abstrakcja. Z całej mini-sajko-ekipy tylko ja miałem jakieś tam mgliste pojęcie o muzykowaniu. Od jesieni 1996 grałem na gitarze w punkowo-oiowej kapeli Haberbusch 46, która nazwę wzięła po starym warszawskim browarze (w którym z kolei mój pradziadek był przed wojną majstrem). Nigdy tak naprawdę nie nauczyłem się grać, a cały projekt był bardziej wydarzeniem towarzyskim niż muzycznym. Kto nie słyszał, a ciekawy, zawsze może się przekatować czterema kawałkami (nagranymi na początku ’98) jakie wyszły na składance Podaj Amunicje. 

Haberbusch 46 - Kiler

W tym czasie pozostała trójka grająca w kapeli – Ewka, Jezek i Trojan – dopiero zaczynała zwracać zainteresowana na sajko, ale moja konwersja na nową wiarę siłą rzeczy wywarła jakiś tam wpływ na styl kapeli – doszło granie coverów Ghostriders in the Sky czy Wild Thing, zrobiliśmy też numer Kiler – mocno zalatujący punkobilly, ale generalnie do końca kapela funkcjonowała jako formacja streetpunkowa. Na początku 1999 r. zagraliśmy koncert w Łodzi z Boot Street Boys, gdzie nie chciałem jechać, bo w ogóle nie robiliśmy wtedy prób. Jakby tego było mało na scenę weszliśmy ledwo trzymając się na nogach – byłem tak nawalony, że wcześniej niechcący rozwaliłem drzwi w klubie, wpadając w znajdująca się w nich szybę, szczęśliwie bez poważniejszych następstw, poza nieco poharataną łapą. Występ skończył się taką padaką, że głowa mała. Jakby tego było mało, impreza była łączona z jakimiś kapelami hip-hopowymi i zakończyła się mega-awanturą z miejscowymi. Poszło zdaje się o kluby piłkarskie – w każdym bądź razie dysproporcja sił była oględnie mówiąc dość poważna i wróciłem do Warszawy z posiniaczonym łbem, kulejącą nogą oraz dziurami w kurtce po bagnecie. Nie było to pierwsza tego typu historia, gdzie graliśmy kompletnie nieprzygotowani i szala goryczy się przelała. Dałem sobie spokój z zespołem, który pociągnął w nowym składzie jeszcze jakieś pół roku.

Mad Sin, Berlin 98

W październiku 1998 odbyliśmy ponowny trip do Berlina, tym razem na, cóż za odmiana, Mad Sin. Opis samego występu sobie daruje, widziałem ich wtedy czwarty raz z rzędu – nie to, żeby mi się już wtedy znudziło, natomiast faktycznie trochę opatrzyło. Dużo ciekawsze było jak w przeciągu roku zmieniła się publika na ich koncertach. Psychobilly zawsze było niszą w niszy, ignorowaną przez komercyjne stacje i duże koncerny płytowe. U zarania ruchu, w 1980 r., Meteors nagrał sesję dla EMI, z której nikt nie był zadowolony – dla kapeli brzmienie było zbyt mało drapieżne, dla wytwórni zbyt agresywne – zostało to dopiero wydane po latach jako Lost Album przez Raucous Records. Potem King Kurt wydał w połowie lat 80-tych dwa single w Polydorze, które osiągnęły umiarkowany sukces komercyjny i to byłoby na tyle. Cała pozostała dyskografia z pod znaku psychobilly wychodziła w wytwórniach niezależnych. I nagle Mad Sin podpisał w 1998 roku kontrakt za kosmiczne dla nich pieniądze z płytowym gigantem – Polygramem – czego rezultatem była płyta ...Sweet & Innocent? ....Loud & Dirty! nagrywana na… Malcie. Grupa do tego czasu zdążyła sobie wyrobić reputację najlepszej niemieckiej kapeli sajko, a dzięki niezliczonej ilości koncertów stała się rozpoznawalna w szerzej rozumianych kręgach „undergroundu”. A tu nagle pojawili się w szerokiej dystrybucji, zahaczając o niemieckie listy najlepiej sprzedających się płyt. Nic dziwnego, że na koncercie pojawiło się jakieś kilkaset osób – pierwszy i chyba ostatni raz byłem w Niemczech na imprezie sajko, gdzie sajkowcy stanowili mniejszość wśród publiki, choć ciągle większość pod sceną. Jako support zagrały wtedy dwie inne berlińskie grupy – Church Of Confidence oraz  Lota Red, dość oryginalna formacja, bo choć poruszali się w klimacie ostrzejszego rockabilly, z sajkowymi motywami, to robili to zupełnie inaczej niż ogromna większość kapel maglujących w nieskończoność, to co już przemaglowano w latach 50-tych i 60-tych. Na kontrabasie wycinała całkiem ładna laska, nosząca się trochę jak urzędniczka na porządnej posadzie – co trochę kontrastowało z jej żywiołowym stylem gry i wskakiwaniem na pudło instrumentu. Skład ekipy wyjazdowej w osobach Wina i jego ówczesnej laski Lipy, Pitera, Ewki i Jezka – z tymi dwoma ostatnimi agregatami kaleczyłem muzykę w Haberbuschu, który wtedy już powoli dogorywał. Była to jakaś ironia losu, że kapela się rozleciała w momencie, kiedy reszta grupy zrobiła się na otwarta na kombinowanie w kierunku sajko, ale może i lepiej, bo dzięki temu odrodzenie psychobilly w Polsce jest kojarzone z zespołami, którym instrumenty nie przeszkadzały w graniu :).

 
 Mad Sin, Berlin 98

O ile stworzenie jakiejkolwiek sceny sajkowej w Polsce było melodią przyszłości, o tyle jakby muzyka stopniowo zaczynała być rozpoznawalna. Znajomi po jakimś czasie kumali już czego my tam słuchamy. Pod koniec 1998 r. imprezując z ekipą w knajpach na Emili Plater, które były wtedy popularnym miejscem do łojenia browarów, natknąłem się na trzech gości, którzy się mocno zdziwili moją wpinką Demented Are Go. – To ktoś tego jeszcze słucha?. Jednego z nich, Kubę, późniejszego wokala Poker Face i Soulburners, piąte przez dziesiąte znałem, drugiego Kerniaka kojarzyłem ze starych koncertów, trzeciego Krzyśka B. widziałem wtedy po raz pierwszy. Okazało się, że sajkowali w latach 80-tych w okresie Stan Zvezdy, Kuba nawet grał w tej kapeli na basie. Trochę zmienili klimat, ale sentyment do starej muzy im pozostał. Z Krzyśkiem powymienialiśmy się w tym okresie na trochę muzy, od Kerniaka z kolei poprzegrywała parę rzeczy, w tym Krewmen, Dżastin. Ale czy robił się przychylny klimat dla tego rodzaju grania – miał to dopiero pokazać pierwszy sajkowy koncert w Polsce od czasu rozpadu Stan Zvezdy.

Church Of Confidence, Berlin 98
 
Z takich jeszcze ciekawostek to pod koniec października 1998 w Poznaniu grał holenderski Lovesteaks, kapela wówczas związana z szeroko rozumianą sceną sajko, choć muzycznie zdecydowanie bliżej było jej do garażowego punk’n’rolla. Mieliśmy nawet pomysł z Justyną by tam się przejechać, nawet wysyłałem pytania o kapelę na psychobilly mailing list. Ostatecznie tyłków się nie ruszyło i chyba stratni na tym nie byliśmy, bo jak później przesłuchałem płytę Holendrów, to drugi raz już tego nie miałem ochoty zrobić.

czwartek, 30 maja 2013

Sajkostory 9



Kontakt z zespołem Partia był wielce obiecujący, ale póki co dla polskiego psychobilly wiosny to jeszcze nie czyniło, co najwyżej przedwiośnie. Tymczasem sylwestrowy wypad do Berlina mocno zaostrzył nasze apetyty – wkrótce nadarzyła się kolejna okazja do przekraczania Odry – Berlin Wild Cat Weekend, którego piąta (i jak się później okazało ostatnia) edycja została zaplanowana na pierwsze dwa dni maja 1998 r. Jak zobaczyłem w pracy na wreckingpicie skład festu to ręce mi się tak zaczęły trząść i do końca dnia moja wydajność zamknęła się liczbą „zero”. Meteors, Demented, Mad Sin i Pitmen na jednym koncercie, plus kilka następnych kapel, których jeszcze wtedy nie znałem, a poznać chciałem bardzo. Wszystko to w dogodnym terminie, bo podczas długiego weekendu – czego chcieć więcej?
Wina i Magdy to nawet namawiać nie trzeba było, czwartą do brydża osobą okazał się Arek, znany też jako Disel. Chcecie wierzcie, nie chcecie to nie, ale Aro chodził ze mną i Winem do jednej klasy w podstawówce – nie wiem co oni nam tam w stołówce do zupy sypali, że po latach na sajko zaczęliśmy jeździć ;) Arek w latach 90-tych, w przeciwieństwie do naszego street punka, słuchał raczej kapel w stylu Fugazi czy Nomeansno i ostatecznie się w subkulturę sajko nie wbił, ale wyjazd zaliczył i wrócił zadowolony. Do składu dołączył też Goszczyniak z dziewczyną, ale nie jestem na 100% pewny czy się wbijali na koncert, czy bardziej turystycznie pojechali. Na miejscu w Berlinie spotkaliśmy też znajomego niemieckiego skina Bobbiego, który wkrótce miał się przeprowadzić do Warszawy.

W tym czasie maj był miesiącem „już prawie” letnim, a nie tak jak obecnie „jeszcze prawie” zimowym, berlińska pogoda przywitała nas więc bezchmurnym niebem i przyjemnym ciepełkiem. Festiwal miał miejsce na Kreuzbergu, ale tym razem nie w jego centrum, ale na obrzeżach w Bocklerparku, a konkretnie w leżącym na terenie parku Statthausie. Obok parku ciągnął się kanał, po którym kursowały turystyczne statki, a zgromadzeni przy brzegu sajkowcy zabawiali się pokazując gołe pośladki turystom. Jednym słowem trawka, słonko, piwko, sielanka. Publiki na imprezę dobiło tym razem konkretnie – Statthaus miał salę na jakieś 1,5 tysiaka chętnych i spokojnie tyle tam się przewinęło każdego dnia festu. Oczywiście większość stanowili sajkowcy i rockabillowcy, ale było też sporo punków, skinów, czy normalsów. Rzecz jasna nie byliśmy jedynymi obcokrajowcami – pojawiły się spore ekipy z Francji, Holandii, Wino drugiego dnia wyhaczył busik z Duńczykami – jak się okazało ekipą Godlessów i ich kumpli. Pijąc piwo nad kanałkiem poznaliśmy nawet psycho-fana z Chorwacji, tyle, że mieszkającego w Niemczech – zawsze można było spróbować w inter-słowiańskim się dogadać. Zabawna sytuacja się zdarzyła jak w pewnym momencie przeszła dwuminutowa mżawka. Wino chcąc zagadać do Chorwata, szukał w głowie słowiańskich słów, które ten mógłby skumać i mówi pokazując do góry – Woda. Woda z nieba. A gość na to – Deszcz?, wzbudzając salwę śmiechu naszej ekipy ze sposobu jak się Polak z Chorwatem dogadywali.

Pierwszą kapelą jaka grała w piątek był zdaje się holenderski Lovesteaks, na który się spóźniliśmy, natomiast po nich pojawili się na scenie Francuzi z Celicates – grający takie połączenie nieco softowego sajko z neo-rockabilly – kapela obecnie już trochę zapomniana, a zupełnie niesłusznie, bo świetnie nadawało się to i do słuchania i do zabawy. Szkoda, że podczas ich setu ludzie dopiero schodzili się do środka. Celicates mocno podrażnili apetyt na kolejną porcję dobrej muzy, ale jak na scenie zaczęli się instalować Slapping Suspenders to mi się usta wygięły w podkówkę jak dziecku, któremu zabrali ulubioną zabawkę. Szwedzi wyglądali jak banda hipisów z początku lat 70-tych, tyle, że na schludnie – długie kudły wokalisty, spodnie dzwony, jakieś dziwne kamizelki – nie, no, ja tego oglądać nie będę – kierunek drzwi – cel piwo na powietrzu. Jeszcze po drodze stoiska z płytami obczaiłem i byłem już jedną nogą na zewnątrz jak zaczęli grać. Czas operacji 3 sekundy i znalazłem się z powrotem pod sceną z koparą w dół. Wyglądali jak wyglądali, ale to co pierdolnęli na żywca – ustać w miejscu się nie dało. Ultra energetyczne psychobilly, zabawa, ruch na scenie, wszystko dopracowane, zróżnicowane, ja poszatkowany. Po secie, Aro poleciał kupić płytę, ja musiałem ochłonąć. Przedostatni w kolejce grali Rapids – jakbym nie był jeszcze przekonany do neo-rockabilly, to oni doskonale by się do tego nadawali. Potrafili w kapitalny sposób połączyć brzmienie kapel rockabilly lat 80-tych i wczesnego sajko. Na scenie za wiele nie dokazywali, ale i tak słuchało się ich bardzo dobrze. No i Demented Are Go – tym razem nie na zrzucie, nie przez przypadek, ale pod sama sceną, albo we wrecking pit. Co tu można napisać po tylu latach, jak się już widziało ich od tej pory z kilkanaście razy – wtedy to było przeżycie mistyczne. Miotający się po scenie Sparky i walec – bo tak wtedy ich odczuwałem – walec, który jechał po wszystkich moich zmysłach, całym ciele – brzmienie rwące bebechy. Ludzie na sajko mailing liście później narzekali nieco na umiejętności ich ówczesnego kontrabasisty, zdaje się, że był to Eddie (ex-Klingonz), ale dla mnie to on napierdzielał jak grecki heros. Nowość zawsze smakuje inaczej. Skoro ja do tej pory świetnie się bawię na koncertach Demented, no to wtedy rozwaliło mnie na cząstki.


Wild Cat 1998, Mad Sin

Koniec imprezy, trzeba uderzać do hotelu. Spośród setek ofert noclegowych wybraliśmy trawnik w parku, w którym odbywała się impreza, do czego skusiła nas atrakcyjna cena zamykająca się sumą zero marek. W porównaniu do Hamburga i tak spaliśmy jak Państwo, bo w śpiworach z plecakami robiącymi za poduszki. Warunki klimatyczne mogłyby być bardziej przyjazne, aczkolwiek zawsze lepszy początek maja niż początek kwietnia – niby trzydzieści dni różnicy, a człowiek tylko lekko się trzęsie z zimna, zamiast masować przez pół nocy kończyny w celu uratowania przed odmrożeniem. A właśnie, Wino nam się nocą po imprezie zgubił, co nas specjalnie nie zestresowało. Rano obudziłem się jako pierwszy. Lekko połamany i skacowany postanowiłem rozruszać trochę kości spacerem. Słoneczko przyjemnie grzało od wczesnego ranka, ptaki świergoliły, a jakaś banda dewiantów już darła japę w środku parku. Wiedziony ciekawością postanowiłem ich obejrzeć i moim oczom ukazał się następujący widok – na parkowej ławeczce siedziało kilku francuskich sajkowców o dość ortodoksyjnym wyglądzie i śpiewało po francusku jakiś chwytliwy szanson, a przed nimi stał, nie kto inny, jak Wino, który dyrygował energicznie owemu chórkowi. Najbardziej pojebanie wyglądający Francuz, z wielkim kolorowym quiffem i naszyjnikiem z kości kurczaka, jak gdyby nigdy nic szusował sobie obok na rolkach. Ucieszył mnie wielce fakt odnalezienia zaginionego Winiawy, który wyglądał jakby snu tej nocy nie zażywał, w przeciwieństwie do alkoholu. Jak on się z żabojadami dogadał nie mam pojęcia, bo oni tylko po swojemu mówili.

 Doba hotelowa powoli dobiega końca

Do późnego popołudnia, kiedy zaczynał się drugi dzień festu, obijaliśmy się ekipą po Kreuzbergu zasilając budżet sklepików sprzedających tanie piwo. Wino, który ewidentnie miał bessę jeśli chodzi o sen i hossę jeśli mówimy o spożytym alko, zaczął robić lekką bardachę, urządzając popisy wokalne w kierunku mijanych przechodniów. Lekko spanikowany Bobby próbował go uspokoić, że to specyficzna dzielnica i zaraz się ktoś do nas ustosunkuje w niemiły sposób, ale tłumacz tu pijakowi. Przeszło prawie bez konsekwencji, dopiero już w samym parku zrobiło się nieprzyjemnie, bo panisko zaczął się wydzierać do Turków grających w kosza, co im się bardzo nie spodobało. Przerwali grę i ruszyli do ledwo trzymającego się na nogach Winiawy, na szczęście załagodził wszystko poczciwy Bobby, który twierdził, że jeden z tych „koszykarzy” nawet nóż już w łapie trzymał – jeszcze by kęsim-kęsim nam porobili przez te pijackie wrzaski. 

Krojcebergowe klimaty

 Tym razem koncert zaczynała kapela Philiacs, ale podobnie jak dzień wcześniej zanotowaliśmy spóźnienie i zobaczyliśmy na scenie dopiero Pitmena. Na sali puchy, a większość publiki stanowiła spora załoga ich ziomków z Ruhry w koszulkach kapeli… identycznych do tej jaką miałem na sobie. Jako, że poza tym nikt inny na całym feście nie miał takiego t-shirta patrzyli na mnie ze zdziwieniem unosząc brwi – A ten to od nas jest? Nie przypominam go sobie…. Sam występ był naprawdę fajny, raz, że kapela grała zupełnie nieźle technicznie, dwa, że wokalista ma ciekawy głos, a trzy, że mieli swój własny, oryginalny pomysł na sajko, który przypadł nam do gustu. Zdecydowanie lepiej wypadli niż występująca po nich kolejna niemiecka kapela, Damage Done By Worms, która grała trochę za bardzo na jedno kopyto, więc po jakimś czasie darowaliśmy sobie i wyszliśmy na zewnątrz.

Drugiego dnia publiki było jeszcze więcej niż na pierwszy dzień festu, szczególnie takiej spoza klimatów –billy. Spotkaliśmy między innymi dobrego znajomka – Franka ze street punkowej kapeli Bierpatrioten. Dla niego to było jak najbardziej oczywiste, że mimo iż na co dzień słucha nieco innej muzyki warto się wybrać na Wild Cat, bo jednak psychobilly ma sporo wspólnego z punkiem, a zestaw kapel był naprawdę wyborny. Mam identyczne podejście – ze wszystkich gatunków muzycznych jakie kiedykolwiek powstały największe emocje wyzwala u mnie psychobilly, ale sto razy bardziej wolałbym iść na dobrą kapelę punkową, gotycką, garażową, ska, surfową, swingową, czy rockabillową, niż na marną sajkową. Zamykanie się we własnym getcie i trzymanie się „czystości stylu” to prosta droga do degenerowania się sceny przez coraz bardziej wtórne granie. Czasami nawet wewnątrz jednego gatunku potrafią się zarysować jakieś kuriozalne podziały, kto jest ten „prawdziwszy”. Warszawska scena oiowa w tym czasie właśnie wchodziła na taki etap, co obserwowałem, już trochę z boku, z pewnym rozbawieniem nie przypuszczając, że za parę lat i rodzącą się scenę sajko nie ominą tego rodzaju przypadłości. Na Wild Cat mieliśmy lekkie podśmiechujki w temacie koszulek sajkowców – pierwszego dnia większość popierdzielała w rozmaitych wzorach Demented, natomiast koszulek Meteors nie widziało się prawie wcale. Na drugi dzień tendencja się odwróciła i ciężko było zobaczyć charakterystyczne logo D.A.G., za to rozmaite meteorsy były wszędzie. Z lektury listy mailingowej zdążyłem się już zorientować, że obie kapele nie przepadały za sobą, a animozje potrafiły się rozciągnąć na grupy ich fanów. Jednym słowem, Polacy, głowy do góry, wiochę potrafią zrobić wszyscy i wszędzie! Z kolei fajną odmianą był stosunek do rockabilly – na scenie sajko gatunek ten był przyjmowany bardzo pozytywnie i zawsze jacyś jego przedstawiciele pojawiali się na tego typu festach zarówno na, jak i pod sceną. Niby oczywiste, bo oba gatunki muzyki dużo więcej łączy niż dzieli, ale jakoś w drugą stronę to nie działało.


Wild Cat 1998, P.Paul Fenech

Właśnie rockabilly, w wydaniu nie tyle klasycznym, co raczej charakterystycznym dla lat 80-tych, grały dwie kolejne kapele festiwalu. Blue Devils wypadł naprawdę fajnie, grając jajcarsko i takoż zachowując się na scenie. Fireball XL5 miał klimat bardziej mroczno-melancholijny, nie byłem do nich wtedy przekonany – po latach polubiłem te ich minimalistyczne granie z pogranicza wczesnego sajko i rockabilly revivalu. Następnie Mad Sin, trzeci raz w przeciągu roku. Znudzenie? Do tego było jeszcze daleko – znowu petarda atomowa. To był chyba ich pierwszy występ z Helvisem, co na początku wywołało moją lekką konsternację. Zaczęło się od jakichś pirotechnicznych atrakcji po ciemku i podkładu z Tako rzecze Zaratusta Straussa, spopularyzowanego przez film 2001: Odyseja kosmiczna. Na koniec coś pierdyknęło z większym hukiem, zapaliły się światła i zespół wystartował z „Viva Las Vegas”. Tyle, że na wokalu śpiewał facet będący taką sajkową karykaturą Elvisa – białe wdzianko stylizowane na gajerek Króla, czarna grzywa do góry z białym pasemkiem. Que pasa? Gdzie gruby, zwolnił się z kapeli? W środku kawałka nagle na scenę włazi Kofte, strzela groźne maski i robi „awanturę”. Kapela przestaje grać, Kofta wyjmuje pistolet i trach-trach, Helvis pada na glebę. Na szczęście zabili go i uciekł, kapela znowu ruszyła z kopyta tym razem już z właściwym wokalistą, a Helvis szybko wrócił na scenę z pięknie ucharakteryzowaną dziurą po pocisku w czole i wspomagał muzyków zianiem ogniem, w stylu, którego by się smok wawelski nie powstydził. No i na deser Meteor. Fenech już wtedy z fryzurą na glacę – quiff wyłysiał, ale muzyka nie. Po dwóch dniach imprezy byliśmy już mocno padnięci i skupiliśmy się na oglądaniu. Zresztą wrecking pit na tej kapeli to nie zabawa w berka – niemiecki Wrecing Crew chyba nie przyjmował wychudzonych osobników w swoje szeregi, bo chwilami to wyglądało jakby kilka drużyn rugby się tam właśnie kotłowało. Co do samego występu – no był ok, ale powiedzmy to sobie szczerze, kapela na żywo flaków sobie nie wypruwa. Dobrze, że przynajmniej nagłośnienie było dobre i naprawdę z przyjemnością się słuchało wycinania P. Paula na gitarze. Ale po jakiś 40 minutach zacząłem się łapać na tym, że odczuwam już lekkie znużenie i nie miałbym nic przeciw temu, by koncert dobiegł końca, co zresztą po kwadransie faktycznie nastąpiło.